sobota, 10 grudnia 2016

RAW chlebek vol 3 i odrobina świątecznego klimatu w skarpecie...

Ten chlebek już zdecydowanie za długo zalega na dysku bez pokazania światu:)
Już zapomniałam jakich składników użyłam a bardzo chcę go zapamiętać bo wyszedł przepyszny!
Dobrze, że jest INSTAGRAM bo tam na szczęście wrzuciłam przepis, który dziś mogę przepisać a potem powtórzyć- co zrobię na pewno!
RAW chlebki są niesamowite!
Jadłam pieczone chrupkie pieczywo z samych ziaren- KNEKKEBRØD (link 1), (link 2).
Jest bardzo smaczne ale dla mnie ważne, a nawet najważniejsze jest to jak się czuję po zjedzeniu czegoś. 
I tutaj suszone chlebki wygrywają zdecydowanie bo nawet jak pozwolę sobie na większą ilość czuję się po nich lekko i przyjemnie czego nie mogę powiedzieć o tych pieczonych- 2 kromeczki są ok ale już większa liczba sprawia, że dosłownie się zamulam i mam odczucie nagłego "puchnięcia".
Coś mi się wydaje, że już nigdy nie uprażę moich kochanych ziarenek:)
Zamieniam to na czekanie- około 20 godzin i otrzymuję takie kolorowe i niesamowicie zdrowe cudo:)

niedziela, 4 grudnia 2016

Kuchenne gadźety: ceramiczne KIEŁKOWNIKI!


No i mamy grudzień:)
U mnie w Oslo piękna mroźna zima za oknem- śniegu mało ale bajkowy szron pokrywa wszystko i te drewniane norweskie domki przystrojone w światełka prezentują się już iście świątecznie:)
Od dwóch tygodni siedzimy z Chrupkiem sami - Pańcio pracuje hen pod Trondheim i wróci pewnie dopiero w następną niedzielę.
Ale my się nie nudzimy! 
Odliczamy dni do wyjazdu na święta i polujemy na ozdoby i prezenty:) 
No tu może przesadziłam- Chrupek to najwyżej na poduszkę poluje jak salta na kanapie fika.
Nie jest też zbytnio świadom wyjazdu do Polski bo raczej nie pamięta tych kilku dni w Potarganej Chałupie ale jestem pewna, że poczuje się jak w domu:)
A my będziemy mieli swojego własnego królika bożonarodzeniowego xD 
Może bardziej pasuje do Wielkanocy, tak jak mój dzisiejszy kuchenny gadżet, ale dla mnie są idealnymi kompanami cały rok- Chrupek i KIEŁKOWNIKI:)

wtorek, 29 listopada 2016

A może by tak WEGANIZM?

Dziś będzie pasztet- najlepszy jaki jadłam- GENIALNY!!
Będzie pasztet z soczewicy, kaszy jaglanej i ogórków kiszonych i zanim pomyślisz "jeeeny znowu jakiś beznadziejny wynalazek" to spójrz na garstkę składników, banalność wykonania i poświęć te 30 minut na przygotowanie tego cuda, z czego większość to czas gotowania soczewicy po prostu.
Nigdy nie sądziłam, że coś roślinnego może mi smakować milion razy bardziej niż mięsny odpowiednik!
I to mnie skłoniło do refleksji...
W zasadzie od kilku dni, czyli odkąd skończyły mi się jajka, kefir i odkąd przywykłam i polubiłam smak mleka sojowego w kawie, zastanawiam się czy aby mój wstępny wegetarianizm (który trwa dokładnie od 2 miesięcy:)) nie przeobrazić w coś...więcej:)
Zainspirowana postanowieniem Pat (link) stwierdziłam, że podobnie jak ona postaram się wytrwać do świąt na czystej diecie roślinnej.
A potem?
A potem zobaczymy:)


sobota, 26 listopada 2016

Kuchenne gadżety: LUNCHBOX idealny i NOŻE CERAMICZNE

W ostatnim czasie do mojej kuchni i sposobu odżywiania wkradło się wiele zmian.
Zmian, które mnie zadziwiają a nawet szokują ale i mobilizują. 
Dzięki nim zaczynam wierzyć, że jest dla mnie jednak nadzieja i, że kiedyś uda mi się na zawsze pożegnać zaburzenia odżywiania.
To, że zrezygnowałam niedawno z jedzenia mięsa a w mojej diecie pojawiło się dużo więcej warzyw to już nie jest tajemnica.
Kolorowa sałatka daje mi jakąś niesamowitą energię już od samego patrzenia na tę tęczę kolorów w lanczboksie czy w moich drewnianych miseczkach, a kiedy jem warzywa, najczęściej na surowo, mam wrażenie jakby nie tylko zapełniały żołądek ale i odżywiały każdą komórkę ciała.

Ale dziś ma być krótko zwięźle i na temat, o tym co się dzieje w mojej kuchni i głowie napiszę w innym rozwleczonym poście i uprzedzę, że będzie zawile:)
A dziś 2 gadżety, które ostatnio trafiły w moje łapki i które okazały się nie tylko przydatnymi ale dosłownie idealnymi ułatwiaczami życia żywieniowego freaka:)



poniedziałek, 21 listopada 2016

7 NORWESKICH BZIKÓW del 5 (wersja zimowa:))

Kawał czasu minął od ostatniej notki o Norwegach i ich lekko dziwnych lub totalnie odjechanych zwyczajach, poglądach i zachowaniach:)
Myślę, że czas powrócić do tematu tym bardziej, że zbliża się zima- czyli coś co jest norweskim bzikiem samo w sobie:)
Bo zima to śnieg, narty, ciepłe kalesonki i święta, czyli coś co wielu z nas uwielbia ale Norwedzy robią to na swój specyficzny sposób:)

Zacznijmy od czegoś co za każdym razem, a zdarza się dosyć często w okresie zimowym, bardzo mnie rozbawia. Mam wrażenie, że Norwegia chyba na Syberii leży:)

1. U nas jest najzimniej!
Norwedzy lubią pytać jak to jest w Polsce, porównywać zwyczaje, pytać co ile kosztuje ("ohh u nas w Norwegii jest tak drogo!") i o pogodę. Bo wiecie, ta norweska zima jest niesamowicie sroga, jest mróz, sypie śnieg, trzeba skrobać szyby i auta często nie odpalają! No mówię wam tragedia!
Ja się na takie straszne mrozy szykowałam a tu jedna druga trzecia zima minęła i stwierdziłam- ale tu fajnie! 
Bo u mnie w kieleckiem jak jest minus 10 stopi to czujesz jakby co najmniej 20 poniżej zera było bo wieje i powietrze jakieś takie wilgotne. 
A w Oslo? Minus 20 a mam wrażenie jakby delikatne i przyjemne minus 5 było:) Serio! Oczywiście potrafi zmrozić i zawalić śniegiem ale żeby to jakieś srogie zimy były to nie sądzę. 
Ale powiedz to Norwegowi! Zawsze gdy pytają jaka zima jest w Polsce i odpowiadam, że podobna do tej w Oslo (bo nie wiem jak jest na samej północy kraju) to łapią się za głowę- Tak zimno? Niemożliwe! (Im się chyba wydaje, że Polska nad Morzem Śródziemnym leży...)
Nie wiem co oni mają z tym odczuwaniem temperatury..a może to ja mam coś zaburzonego bo mi jest na prawdę zimniej w Polsce niż w Norwegii- ale tego nie powinno się im zdradzać! 
Zauważyłam, że Norwedzy odczuwają jakąś taką satysfakcję gdy utwierdza się ich w przekonaniu, że to u nich jest najzimniej:) Niech im będzie:)


czwartek, 17 listopada 2016

Koktajl mocy na śniadanie

Jestem uzależniona, mogę to przyznać..
Zadziwiające jak wiele może się zmienić na przestrzeni 2-3 miesięcy!
Jeszcze we wrześniu praktycznie każdy dzień rozpoczynałam od jajecznicy z 3 jajek ze szpinakiem i serem żółtym a na obiad jadłam jakiś gulasz, ewentualnie kotleta z ogórkiem kiszonym.
Teraz nie jem mięsa, jajka sporadycznie i tylko od szczęśliwej kurki a z warzywami i owocami mam spory problem- nie nadążam z robieniem zaopatrzenia bo tak szybko znikają!

Ale dziś skupię się na tym moim nowym uzależniaczu- prostym, pysznym i najczęściej ZIELONYM:)



niedziela, 13 listopada 2016

Moja kolekcja TOREBEK!:)

Nie jestem i nigdy nie będę blogerką modową bo kompletnie się na tym nie znam (choć podobno wcale nie trzeba). Nie jestem też normalną kobietą bo nie mam jakiejś wielkiej radości z kupowania ciuchów (no chyba, że jakimś cudem trafię perełkę i nawet stwierdzę, że dobrze w niej wyglądam, ale to się rzadko zdarza xD). 
Z butami też mam problem bo ciężko jest do mojej koślawej stopy dobrać wygodne a do tego ładne obuwie.
Ale torebki...lubię, bardzo lubię:)
Ale nie takie zwykłe!
Polskie, ręcznie robione, wymyślone przez zdolnych ludzi, którzy niekoniecznie zbijają na tym taką kasę jak czołowe nazwiska projektantów.
Tutaj w Oslo torebki Korsa czy LV nosi 90% nastolatek jako "plecaki" na książki. 
Zobaczyć na ulicy szaneki, YSL czy celinki to też nic nadzwyczajnego. 
Wręcz przeciwnie powiem Wam tyle-nuda!
Może gdy widzisz na ulicy raz na ruski rok torebkę za kilka tysi faktycznie możesz się lekko zapowietrzyć z wrażenia, ale gdy widzisz takie zjawiska KAŻDEGO DNIA stwierdzasz nagle, że to strasznie oklepane. Jakby na bazarku za rogiem wyprzedaż była i pół Oslo skorzystało xD
Dlatego wybieram torebki, których w Norwegii nie uświadczysz i autentycznie kilka kobitek pytało skąd je wyrwałam!
Zresztą w Polsce też nikt nie wie skąd je mam, a skąd?
Wyszukuję najczęściej na DAWANDZIE lub PAKAMERZE, część podpatrzyłam też dawno temu na innych blogach:)
Tak na chwilę obecną (na zwykłym wieszaku, tudzież klamce i krześle, a nie w dizajnerskiej garderobie niestety xD) prezentuje się moja mała (?) kolekcja:)...

czwartek, 10 listopada 2016

RAW chlebek vol 2, przepyszny!

Staram się nie gromadzić przedmiotów, żyć minimalistycznie...staram się...ale mam słabości xD
Dokładnie dwie- do torebek i kuchennych gadżetów:)
O ile będąc w Norwegii powstrzymuję się od większych zakupów (najczęściej nie ja sama a cena mnie stopuje xD), o tyle jadąc do Polski odbijam sobie z nawiązką i praktycznie zawsze wracam do Oslo z nową torebką i kuchennym sprzętem, tudzież drobnym akcesorium:)
Rozgrzeszam się faktem, że torebki to moje jedyne zboczenie (no można mieć jedno prawda?) a kupione gadżety do kuchni nigdy nie zbierają kurzu.
Tym razem moim mast hewem była suszarka do owoców/warzyw/grzybów.
Szukałam takiej w norweskich sklepach, ale o ile widziałam je na niektórych stronach internetowych, to stacjonarnie nie spotkałam nawet jednej.
Na szczęście w Polsce, w sezonie grzybowym i jabłkowym suszarek na pęczki i znalezienie tej idealnej nie stanowiło problemu. 
Idealnej do suszenia...CHLEBA!
Ale nie takiego dla konia!

Moja fascynacja "surową kuchnią" nabiera rozpędu i o ile nie planuję zostać legalną witarianką, to kręci mnie wypróbowywanie RAW przepisów na wypieki:)
Bo tak mi szkoda tych nasionek! Tych cudownych olejów z siemienia, sezamu czy słonecznika, tych kwasów omega 3, które powinny odżywiać każdą komórkę mego wspaniałego ciała a nie spalać się w odmętach rozgrzanego piekarnika!
Dlatego powstał drugi już surowy chlebek w moim wykonaniu, chlebek, który polecam jeszcze bardziej niż ten PIERWSZY (link) bo o niebo lepiej smakuje nam obojgu- mi i Chrupkowi!

niedziela, 6 listopada 2016

4 cudowne dni w DOMU


Dobrze czuję się w Oslo, coraz lepiej, ale jeśli jest jedno takie miejsce, które mogę nazwać prawdziwym domem, to nie znajduje się ono w Norwegii...
Każdy ze zdziwieniem pytał- "jak to, tylko 4 dni będziesz? Opłaca ci się?"
Niech pomyślę...bus na lotnisko, bilet lotniczy, dojazd z lotniska, potem powrót promem więc koszta paliwa, biletu, kajuty....tak, opłaca się:) Czemu?
Bo rodzina, Wszystkich Świętych, bo radość mojej babci i dziadka, bo kolejne wspomnienia, bo wieczory przy kominku i poczucie, że ma się prawdziwy ciepły dom, taki jaki zawsze chciałam mieć...mimo, że to tylko stara drewniana chatka:)
Coś trzeba jeszcze dodawać?
Nawet lampion z dyni pierwszy raz robiłam i starałam się przekonać choć delikatnie do "Helołin"-i przyznaję, że zaczęłam podchodzić trochę mniej sceptycznie:)
Ale były też złe strony tego krótkiego pobytu w Polsce...
Pogoda straszna, choć i tak mogło być gorzej bo przynajmniej nie lało...
Do tego przeziębienie mnie dopadło a ja nie przywykłam, rzadko choruję, więc w lekkim szoku byłam.
No i zepsuty widok z okna...taki był piękny, na las, na sad i czerwony hydrant...teraz zrobiło się zielono ale od ogrodzenia...
ALE!
I tak było super:)
Nasza piękna Potargano Chałupka ożywiała szary ponury krajobraz:)
Już więcej nie gderam ale zdjęcia wrzucić muszę, choć jak na mnie mam ich dziś wyjątkowo niewiele:)


sobota, 29 października 2016

HALLOWEEN?

Już jutro o tej porze będę w Potarganej Chałupce z moimi chłopakami!
Tylko kilka dni a raczej aż kilka dni.
Najważniejsze, że będę z bliskimi w dniu Wszystkich Świętych, że będę mogła zapalić świeczkę na grobie najważniejszej, najbliższej mi osoby...
Pamiętam moją mamę siedzącą na środku kuchni i robiącą wianuszki, dookoła porozrzucany mech, wstążki i niesamowity zapach lasu i ziemi.
Pamiętam porozkładane na stole gazety, gorący wosk w wielkim garze stojącym na kuchni, jego intensywny ale i przyjemy zapach. 
Miałam może z 8-10 lat, siedziałam i kręciłam knoty a potem miałam frajdę z odklejania porozlewanego i zastygniętego wosku z tych gazet- odbijały się na nim literki:)
Pamiętam prawie 4 kilometrowe marsze na cmentarz, rok w rok obładowane wiankami, z siatami pełnymi zniczy. Nie było auta, czasem ktoś podwiózł ale rzadko. 
Potem spacer między grobami, nie mogłam zrozumieć dlaczego moja mama to lubi- zawsze mówiła, że ją to odpręża, uspokaja. 
Pokazywała mi groby, kwiaty i mówiła "ooo Lenka, zobacz jakie ładne, ja też chcę żeby mój grób tak wyglądał, ma być skromnie ale ładnie, pamiętaj!"
Ależ się o to złościłam na nią!
Teraz dzwonię do babci, cioci, planujemy co która kupi, jakie kwiaty, jak udekorujemy i czy jej by się to podobało. Ja wiem, że tak, sama mi przecież wielokrotnie mówiła co lubi...
Ale!
Już się nie dołuję! Już nie chodzę zamulona z zaczerwienionymi oczami
Teraz wspominam z uśmiechem te wspaniałe chwile z moją niesamowitą mamą.

Dla mnie Wszystkich Świętych i Zaduszki zawsze będą takim czasem zadumy, wspomnień, płaczu, który przynosi ulgę, spotkań z rodziną...


Nie lubiłam i nie chciałam Halloween, wkurza mnie, że wszystko co "hamerykanckie" musi prędzej czy później przeniknąć do naszej kultury.
Z drugiej strony domyślam się, że dla dzieci to frajda móc się przebrać, zbierać łakocie, straszyć, czy chociażby wycinać twarze w dyniach. Dla dzieci i pewnie dla niektórych dorosłych również.
A może da się pogodzić jedno i drugie?
Może mogę wspominać zmarłych i jednocześnie bawić się beztrosko z tymi, którzy nadal żyją?
Przecież moja mama się nie obrazi jak zjem trochę żelków w kształcie wampirzych szczęk i wydłubanych oczu:) 
Sama by mi pewnie takie łakocie kupiła:)
Spróbuję:)

Wszystkich Świętych to też jedyny dzień w roku kiedy obowiązkowo z moją psiapsiółką wybieramy się wieczorem na cmentarz. W żaden inny dzień bym się na to nie odważyła! 
I o ile nie toleruję robienia zdjęć na cmentarzu, to zeszłoroczne święto musiałam uwiecznić. 
Magia!


Jestem też ciekawa jak Wy spędzacie te dni, czy podoba wam się Halloween, te straszące dyniowe lampiony i "cukierek albo psikus"?
W Norwegii ta tradycja już na dobre się zadomowiła tym bardziej, że nie obchodzi się tutaj Wszystkich Świętych bo i katolików wśród Norwegów praktycznie brak.

Cieszę się, tak strasznie się cieszę na jutrzejszy lot!

Do zobaczenia za tydzień!

Klem, klem!


niedziela, 23 października 2016

Chrupiemy warzywa, owoce i...suszony RAW chlebek:)


Czekam
Na słońce, którego nie widziałam od ponad 2 tygodni- nawet jednego malusieńkiego promyczka! I tutaj witamina D w kapsułkach, nawet w zdwojonej dawce, nastroju raczej nie poprawi...
Na wyjazd do Polski, który już, już bliziutko- dokładnie za tydzień o tej porze będę zapewne już w Potarganej Chałupce:) Chyba, że korki na trasie Kraków- Kielce znowu nas spowolnią o ponad 2h ale to nie waaażne:)
No i Wszystkich Świętych, na które faktycznie czekam i to nie ze łzami w oczach jak przez ostatnie kilka lat, a z radością, że mogę w takim ważnym dniu osobiście zapalić znicze a nie siedzieć w Oslo i płakać z tęsknoty.
A tymczasem, poza czekaniem, siedzimy sobie razem z Chrupkiem i wcinamy zieleninę i mnóstwo kolorów coby jakoś nadrobić brak słońca, światła i ogólny depresyjny nastrój na zewnątrz.
Niedługo minie miesiąc odkąd nie jem mięsa i nawet tego nie zauważam, a takie kolorowe zakupy, spożywane w 90% na surowo, napełniają mnie jakąś niesamowitą energią.
Moja psiapsiółka napisała mi ostatnio, że też myśli o wegetarianizmie ale boi się bo jest bardzo mało warzyw, które lubi...pierwsze co sobie pomyślałam to "Krejzolku ale mi Ciebie szkoda, warzywa są takie genialne, nie wiesz co tracisz";)

A Chrupek wbrew pozorom gardzi marchewką, za to jarmuż i szpinak pochłania ekspresowo, aż mu się dosłownie uszy trzęsą:)



czwartek, 13 października 2016

Jesień, książki i krokiety

Usiadłam w moim ulubionym rogu kanapy.
No ok, zaległam raczej bo nogi jak księżniczka wyciągnęłam na szezlongu.
Zaraz, chwila, wstanę zapalić moją wiśniową świeczkę.
Ok, ready
Właśnie Chrupek wskoczył na oparcie kanapy i zaczął robić to co uwielbia czyli chrupać- zostawiam mu tam ogonki od jabłek, które uwielbia:)
Aż dziwne, że na takiej diecie rośnie w oczach, dopiero ważył 600 gram a już mu prawie 900 wskoczyło. Nie jedzcie mlecza i trawy- od tego się tyje:)
Biedak siedział jak za karę gdy go w misce na wagę kuchenną kładłam- ale sånn er livet- takie jest życie Chrupku:)
Piję ciepłą wodę z łyżeczką miodu spadziowego (z robaczkowych kupek) i sokiem z połowy cytryny- ciepłą, nie gorącą, bo gorąca zabija witaminki...
Obgryzam od jakiegoś czasu policzki, nigdy nie obgryzałam paznokci to na polikach się wyżywam.
Nie wiem czemu, czy to z nerwów? 
Jeśli tak to jakich, przecież ja oazą spokoju jestem.
Przez ponad tydzień nie mieliśmy internetu.
Tym oto sposobem zakończyłam wzruszającą historię Lou zapisaną w dwóch 500-stronicowych tomach. No i mogłam obejrzeć film, poryczałam się jak głupia.
Chyba już się stara robię.
W każdy razie polecam, jeśli jest ktoś, kto jeszcze nie czytał tych bestsellerów, to na prawdę warto.
Oba tomy dają do myślenia. Jutro zabieram się za kolejną książkę Jojo Moyes i pękam z dumy, że tak sprawnie czytam i rozumiem po norwesku mimo, że używanie tych słówek i zwrotów w mowie nadal idzie mi opornie. Bo baran ze mnie.
Rzadko kiedy trzymam się postanowień ale to z niejedzeniem mięsa przychodzi mi tak łatwo, że nawet nie odczuwam braku czegokolwiek. Silna wola może zostać złamana gdy Adam kupi wątróbkę, lubię wątróbkę, bardzo!
Adam w niedzielę jedzie do Polski. Będę płakać a Chrupek mnie będzie pocieszał.
Ale po dwóch tygodniach się znowu zobaczymy- w Krakowie na lotnisku:):) Całe 5 dni w domu będę! Krótko ale i tak szaleję z radości! Potargano Chałupka na mnie czeka!
A dziś zrobiłam krokiety:)
Takie brzydkie ale pysze, że hej!
Aż sobie tutaj przepis niżej zapiszę coby zapamiętać:)
Nie lubię jesieni, stale i niezmiennie nie lubię, mimo tych kolorowych liści.
Zwijam się w kłębek w moim rogu kanapy i czekam na zimę, na biel za oknem rozjaśniającą coraz krótsze dni.
Ej, przecież ja się nie mogę zwinąć w kłębek, mam laptopa na brzuchu...

sobota, 1 października 2016

Wrzesień w zdjęciach

Wrzesień, wrzesień i po wrześniu.
Wszyscy dziwią się, że tak szybko minął a mi się nawet dłużył bo był miesiącem wchodzenia w stare rutyny i przyzwyczajania się na nowo do Norwegii po dwóch miesiącach spędzonych w Polsce.
A to trwa:)
Wrzesień miałam spokojny ale i w pewien sposób rewolucyjny- a to za sprawą pewnej książki, która odmieniła moje podejście do odżywiania- na lepsze!
Ale zacznijmy od pięknych norweskich widoków.
Aż trudno mi uwierzyć, że jeszcze 3 tygodnie temu mogłam wyskoczyć w sukience i sandałach i złapać trochę słońca. Wtedy jeszcze nie dotarło do nas zimne jesienne powietrze...

środa, 28 września 2016

30 dni bez mięsa- czas start!

Ta myśl we mnie kiełkuje od kwietnia, dojrzewa pomalutku..
Czas spróbować coś zmienić, tak aby czuć się lepiej fizycznie i psychicznie.
Jeść mięso czy nie jeść- to był mój dylemat w sumie już od bardzo dawna.
Najbardziej przemawiały do mnie aspekty moralne. Uwielbiam zwierzęta i nie godzę się na ich masowy chów w strasznych warunkach.
Ostatnio też poczytałam sporo o jakości najczęściej kupowanego przez nas mięsa.
Nie oszukujmy się, ekologiczny kurczak jeszcze czasem u nas ląduje na stole ale wieprzowina? 
Robimy zakupy w dużych hipermarketach a tam nie ma nawet wyboru- karkówka to karkówka, każda jedna w promocji po 12 pln za kg i tylko człowiek myśli czy to jest jeszcze mięso czy jakiś chemiczny wytwór...
Ale co ja się będę teraz rozpisywać. Postanowiłam po prostu spróbować jak mi się będzie żyło po rozwodzie z mięsiwem i jego pochodnymi. 
Na razie jesteśmy w separacji na 30 dni;)
Ktoś chętny spróbować ze mną?

A tymczasem...
Ostatnio w mojej kuchni jest bardzo, bardzo kolorowo!

sobota, 24 września 2016

Chrupek Staszek:) Przedstawiam Wam mojego KRÓLIKA MINIATURKĘ:)

Życie bez zwierząt jest jakieś takie puste, niepełne.
Choćbym nie wiem jak dobrze czuła się w Norwegii, zawsze mi brakowało małego pupila w domu- nie ważne jakiego, kota, psa...
Nie mogliśmy mieć zwierząt z przyczyn mieszkaniowych.
Bo hałasują, bo paskudzą i wynajmujący w 90% sobie tego nie życzą.
7 sierpnia zadzwonił do mnie mój brat.
Pamiętam dokładnie bo to była niedziela i za chwilę mieliśmy jechać na poprawiny. W sumie już byliśmy spóźnieni, więc gdy brat powiedział żebym jeszcze poczekała bo właśnie wiezie mi niespodziankę, bardziej się wkurzyłam niż ucieszyłam.
Ale ok, zaczekam.
Przyjechał, stanął zadowolony na tarasie i z kieszeni, dosłownie z kieszeni wyciągnął taką malutką kuleczkę...
I tak poznaliśmy Chrupka Staszka:)

środa, 21 września 2016

Żegnaj Lato! Do zobaczenia za 9 miesięcy!

Lato, lato, aż trudno uwierzyć, że już jutro oficjalnie się kończysz!
Ja zdążyłam wrócić już do norweskiej rzeczywistości, choć wspominam cały czas bo te wakacje były wyjątkowe!
Pierwsze całkowicie na swoim, pierwsze wykorzystane w 100%, pierwsze z tyloma atrakcjami i dla małych i dla dużych.
Wiecie, że mam lekkiego bzika na punkcie zdjęć, mogłabym je robić i przeglądać godzinami.
Dziś wybrałam te, które najbardziej oddają to co się u nas działo w wakacje i sprawiają, że siedzę teraz w ponurym Oslo z uśmiechem od ucha do ucha.
Bo mi się tak to cudowne lato przypomina...jutro się kończy a ja je pożegnam tak jak lubię najbardziej- całą toną zdjęć naszej pięknej wioski i Potarganej Chałupki - niech to ciepełko jeszcze na chwilę na Was spłynie i doda energii przed jesienią!




niedziela, 18 września 2016

TRASTEVERE- najbardziej klimatyczna dzielnica Rzymu

Dziś mija równy miesiąc od powrotu z Rzymu a ja dalej w tym temacie:)
Ale spokojnie, to już ostatnia relacja, najlepsze zdjęcia chciałam zostawić na koniec.

Ostatni i najfajniejszy dzień w Rzymie, całkowicie spontaniczny, bez pogoni za zabytkami, bez stania w kolejce po bilety.
Mieliśmy spędzić go nad morzem ale, jak już kiedyś wspomniałam, nam się na plaży po prostu nudzi.
Dlatego rano wyjęłam moją wytarmoszoną mapkę, przejechałam po niej po raz milionowy palcem, wcieliłam się ostatni raz w rolę przewodnika i rzekłam- idziemy TU.
A gdzie?
Zapraszam Was na spacer po Trastevere, najpiękniejszej, najbardziej klimatycznej dzielnicy w jakiej kiedykolwiek byłam!
Tu nie trzeba wiele pisać, wystarczy popatrzeć...


piątek, 16 września 2016

Liebster Blog Awards, spóźnione I urodziny bloga i mój debiut przed kamerą:)

Dzień dobry cześć i czołem:)
Ależ miałam zabiegany tydzień, tak zabiegany, że to co miałam przygotować i dodać w poniedziałek ląduje na blogu dopiero dziś.
Wioletta z bloga 4foodsecrets nominowałam mnie do Liebstera prawie 10 dni temu i pewnie ona sama już o tym zapomniała.
Ale ja nie!
Dziś w końcu zebrałam się i postanowiłam odpowiedzieć na jej pytania przed kamerką.
Myślałam, że to zajmie mniej czasu nić rozpisywanie się na blogu- ale biorąc pod uwagę to, ze jestem gadułą...
Wyszło jak wyszło, początki zawsze są najtrudniejsze:)
Odpowiadałam na poniższe pytania:

  • Czym się kierujesz w życiu?
  • Jaki jest Twój najbardziej pamiętny smak dzieciństwa?
  • Czy odnalazłeś/aś już w swoim życiu pasję i jeśli tak, to jaką?
  • Jaka jest Twoja ulubiona książka i dlaczego?
  • Gdybyś wiedział/a, że zostało Ci pół roku życia, co byś się zdecydował/a zrobić, czego dokonać?
  • Kim jest osoba, która najbardziej Cię inspiruje i dlaczego?
  • Co najbardziej cenisz w drugim człowieku?
  • Z jakiej rzeczy w sobie lub tego co dokonałeś/aś, jesteś najbardziej dumny/a?
  • Dlaczego założyłeś/aś bloga i co Ci daje jego prowadzenie?
  • Kot czy pies? :)
Dla mniej zainteresowanych odpowiedziami proponuję wrzucić od razu drugi filmik i przewinąć do 8 minuty:) Tam czeka na Was pewien słodziak:)



Zdaję sobie sprawę, że momentami można przysnąć...ale podobno krótkie drzemki są  zdrowe:)

Moje pytania będą za to łatwe i przyjemne:
1. Jakie są 3 cechy Twojego charakteru, które w sobie lubisz najbardziej?
2. Jakiego produktu/potrawy nigdy byś nie tknął/tknęła?
3. Jaką książkę obecnie lub ostatnio czytałeś/łaś?
4. Co ci się ostatnio śniło?
5. Czy jest coś, czego szczególnie się boisz?
6. Najmilszy prezent jaki dostałeś/łaś?
7. Najdziwniejsze przyzwyczajenie?
8. Co Cię najbardziej relaksuje?
9. Blogi o jakiej tematyce lubisz czytać najbardziej?
10. Jaką masz ksywkę:)
11. Czy lubisz brać udział w Liebster Blog Awards? xD

A nominuję tylko 5 blogów bo tak mi się uwidziało:)
Anię z http://naturalnakuchnia.blogspot.no/
Anię z http://annabloggerfranorge.blogspot.no/
Jagę z https://jagatoja.blogspot.no/
Rabarbarowo z http://rabarbarowo.nazwa.pl/instalator/wordpress/
Lekki Brzusio z http://lekkibrzusio.blogspot.no/
Oraz każdego kto miałby ochotę odpowiedzieć na moje pytania:)

Pozdrawiam!
Klem, klem:)

niedziela, 11 września 2016

Moje cztery kółka

To był zdecydowanie najdziwniejszy prezent urodzinowy jaki dostałam.
Wtedy- te cztery lata temu, utwierdziłam się w przekonaniu, że mój Adaśko nie do końca ma równo pod sufitem i, że tym samym idealnie do siebie pasujemy:)
Mój prezent długo stał praktycznie nieużywany a ja i tak się cieszyłam bo wypracowywał mi zniżki.
W międzyczasie wpadł w niepowołane ręce i przestał działać.
A w jeszcze innym międzyczasie zawalił się na niego dach szopy i stracił przednią szybę.
W te wakacje obiecaliśmy sobie, że naprawimy go i sprowadzimy do naszej Potarganej Chałupy, bo nigdzie indziej nie pasuje lepiej niż tutaj!
Ale to nie było wcale takie łatwe. Musieliśmy znaleźć kogoś kto się na tym zna a niewiele jest takich osób! 
Na szczęście udało nam się!
Uruchomiony, pospawany i z nowiuteńkimi częściami mój Maluszek dotarł tu gdzie jego miejsce:)
Nareszcie w domu!


piątek, 9 września 2016

Rzym z lekkim przymrużeniem oka.

Gdyby tak zebrać wszystkie zdjęcia i te 6 pełnych dni pobytu w Rzymie pewnie zamęczałabym Was wakacyjnym tematem do Bożego Narodzenia...
A jednak coś jeszcze dodać muszę, choćby egoistycznie dla samej siebie na pamiątkę, bo nie często zdarzało mi się jeździć dalej niż do Zakopanego i w dodatku na wakacje a nie do pracy.
Dlatego dziś druga i przedostatnia notka. 
Ciekawostki, które udało mi się uchwycić, to co mi się w Rzymie najbardziej i najmniej podobało, trochę żartobliwie i trochę poważniej.
I Lido di Ostia w bonusie;)

Ale zacznijmy od...

środa, 7 września 2016

o zdjęciach

Wspominam, ciągle wspominam...
Od powrotu do Oslo największą przyjemność sprawia mi przeglądanie zdjęć z wakacji.
Ale jeszcze większą samo ich robienie.
Nie chodzi o jakość, bo do profesjonalizmu mi bardzo daleko- mimo, że zrobiłam w swoim życiu dziesiątki tysięcy zdjęć, to tylko po amatorsku, dla siebie, bez wnikania w ustawienia i dobór światła...
Chodzi o to kto i co jest na tych zdjęciach.
Familia już przywykła, że sobie gdzieś kucam po kątach, śledzę ich, przyczajam się żeby wychwycić jakieś niepozowane sytuacje. 
Takie zdjęcia są dla mnie najcenniejsze.

Dziś na tapecie zbiornik wodny, do którego z Potarganej Chałupki mamy 10 minut autem.
Zalew, nad którym Adam za młodu urządzał sobie biwaki z kumplami (wolę nie wiedzieć co się tam działo xD) i często wspomina jak to wsiadali w kieleckiego PKSa z wielkimi plecakami i pędzili na Chańczę. Pewnie było "grubo":)
Teraz mamy tu rzut beretem i korzystamy ile tylko pogoda pozwoli.
Starzy się wylegują a młodzież bryka.
A ja, jak ten przyczajony tygrys ukryty smok...czy na odwrót...trzaskam zdjęcia a potem rozczulam się widokiem suszących się ręczników nawet, po tych naszych eskapadach...

poniedziałek, 5 września 2016

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

To było najlepsze zakończenie wakacji jakie mogłam sobie wyobrazić.
Opuściliśmy Polskę zadowoleni, opaleni i z poczuciem, że wykorzystaliśmy ten czas na maxa!
A ja do tego pękałam z dumy i dodałam sobie + 100 do pewności siebie.
Czemu?
Bo sama, od A do Zet, zaplanowałam i zorganizowałam wycieczkę!
A gdzie?
W Bieszczady?, Na Mazury?
Nie! 
Do Rzymu!
A to było tak...

niedziela, 4 września 2016

Potargano Chałupka PRZED i PO


Na tę metamorfozę czekaliśmy rok.
Wcześniej praktycznie nie pokazywałam zdjęć Potarganej z zewnątrz bo...straszyła?
Teraz gdy patrzę na stare zdjęcia zastanawiam się jakim cudem dojrzeliśmy w tym domu jakikolwiek potencjał...
Gdzieś tam pod tą skorupą z wapna Adam dojrzał zdrowe bale i już sobie wyobrażał co z tego wyczaruje.
I wyczarował!

piątek, 2 września 2016

Figlówka i coś dla dinozaurowych fanów.


Bo wszystko wzięło się stąd, że Adam zawsze chciał zobaczyć zamek w Malborku.
Nigdy nie było jakoś po drodze a nie chciało nam się gonić ok 500 km tylko po to aby spełnić jakąś tam zachciankę faceta :) 
Bo gdyby to była moja zachcianka to co innego...:)
Ale okazało się, że jest w Malborku jeszcze coś, co na prawdę musimy odwiedzić i co zepchnęło zachciankę Adama na drugi plan- zamek zamkiem, a tam był jeszcze DINOPARK!
Bo jak się ma takiego małego, ale przy tym ogromnego fana dinozaurów- i do tego fana, który dopiero co obchodził swoje szóste urodziny- to odwiedzenie dinozaurowego parku jest wręcz obowiązkiem!
A przy okazji zatrzymaliśmy się w cudownym miejscu.
Choć początkowo błądzenie z nawigacją po malutkich wsiach i długa droga przez las nie napawały nas optymizmem.
Ale to co się za lasem wyłoniło sprawiło, że Adamowi szczena opadła gdzieś między fotele.



wtorek, 30 sierpnia 2016

Bo tarasu nam się zachciało...

Czasem myślę, że jestem nienormalna...
Wychowałam się w starym drewnianym domu z 1947 roku.
Gdy w nim mieszkałam marzyłam o normalnym murowanym, najlepiej piętrowym domu z centralnym ogrzewaniem cieplutką łazienką, panelami zamiast krzywych dech i małym ale własnym pokojem.
6 lat temu przeprowadziliśmy generalny remont naszego drewniaka- nowy dach, nowe ściany, podłogi i elewacja w uroczym kolorze soczystego zielonego jabłuszka xD
Jednym słowem zakryliśmy całe drewno a dom zdrowy jak rydz z grubych pięknych bali...

I tak sobie mieszkałam w tym nowym-starym domu z panelami na podłogach, równymi ścianami, ciepłymi kaloryferami i przytulną łazienką- czyli w takim jakim zawsze chciałam  aby był...

Gdyby ktoś te kilka lat wstecz powiedział mi, że wyprowadzę się i zamieszkam w prawie 80 letnim drewniaku pacnęłabym się w moje wielkie czoło...
W życiu! Ja chcę mieć równiutki, czyściutki murowany dom!
Ale gusta się zmieniają:)
Na szczęście!



sobota, 27 sierpnia 2016

Film z wakacji

Hei:)
Trochę się tutaj zakurzyło.
Miałam pisać częściej...problem w tym, że komputer został schowany i totalnie zapomniany.
Chciałam nacieszyć się czasem spędzanym w Polsce w stu procentach, bez tracenia nawet minuty na chociażby czekanie aż mój zjawiskowy lapek- złomek się uruchomi.

W poniedziałek wróciliśmy do Oslo.
Chyba nacieszyłam się Polską bo nawet stęskniłam się troszkę za Norwegią.
Ale początek po tak długiej przerwie zawsze jest ciężki.
Potrzebuję jeszcze z tygodnia aby się przestawić i przyzwyczaić na nowo do codziennej rutyny tutaj w Oslo.
Tym bardziej, że działo się u mnie bardzo bardzo dużo.
Miałam cudowne wakacje i wzbogaciłam się o mnóstwo nowych fantastycznych wspomnień, które będą mi przypominać jaką szczęściarą jestem- bo jestem tym kim jestem, tu gdzie jestem i mam tyle wspaniałych osób wokół siebie...
Część mojego szczęścia udało mi się nawet nagrać:)
I wiedziałam, że po raz kolejny muszę zmontować nam pamiątkę.
Co się przy tym naklęłam, napłakałam bo coś nie chciało się zapisać, bo "move maker" nie chciał się uruchomić, bo cały dzień szukałam odpowiedniej piosenki i nic mi nie pasowało...
Ale w końcu jest i mogłabym go oglądać sto razy dziennie:)
Mam nadzieję, że mimo iż nie znacie nas "w realu" to filmik wywoła u Was przynajmniej w połowie tak szeroki uśmiech jaki pojawia się na mojej twarzy podczas oglądania:)
Ps. A TUTAJ moje wypociny z poprzednich wakacji:)


Do przeczytania niebawem:)
Klem, klem:)

czwartek, 30 czerwca 2016

Jestem ze wsi- i dobrze mi z tym!

-Skąd jesteś?
-Yyy...z...Oslo!
-No ale tak na prawdę skąd jesteś, gdzie ojce mieszkają?
-Yyy...urodziłam się w Kielcach!
-Nooo...ale gdzie cię poznałem?

I drąży temat panicz z miasta i to z centrum, i nabija się ze mnie i przedrzeźnia mówiąc po wiejsku:)
Bo ja ze wsi jestem.
I co z tego, że 5 minut do miasta mam, co z tego, że dziesiątki domów mieszczuchy w mojej wiosce budują, żeby uciec na przedmieścia, co z tego, że tam tak pięknie i, że wielu by chciało chociaż działkę tam posiadać.
Ze wsi to ze wsi.
On mnie przedrzeźnia, a ja udaję, że się wstydzę:)
I tak od 6 lat mi dokucza mieszczuch jeden.
To nic, że w międzyczasie ze mną na tej mojej wsi zamieszkał.
To nic, że odruchowo godo po wsiowemu, a gdy ja go spytam co powiedział to się na mieszczański język poprawia i śmieje:)
To nic, że to on wypatrzył Potarganą Chałupę naszą w internetach.
To nic, że nie mogliśmy tutaj nawet trafić bo to taki trochę Koniec Świata z 20 domami.
To nic, że do busa jest 6 km, a raz w miesiącu przyjeżdża auto z gminy i zabiera stare babcie żeby sobie rachunki popłaciły.
To nic, że sklep jest w prywatnym domu, wódka spod lady, chleb przywożą tylko w poniedziałki, środy i piątki, a ziemniaków nie sprzedają bo każdy ma własne z pola.

Teraz oboje jesteśmy totalne wieśniaki, oboje mieszkamy na tym Końcu Świata cieszymy się jak dzieci, bo kawałek własnego podwórka, kawałek podłogi, cisza spokój, kury, koty, psy sąsiadów i cofamy się w czasie o kilka pokoleń.
I dzieciaki mają radochę bo krowy widzą:)
I wiedzą, że to od nich jest mleko a nie z biedronki:)
Nasz mały Koniec Świata:)