sobota, 15 kwietnia 2017

Dzień 20, PODSUMOWANIE wyzwania!

Kochani!
Dobrnęliśmy do końca!
3 tygodnie za mną.
3 tygodnie, podczas których starałam się wyeliminować napady obżarstwa i wymiotowanie.
Co prawda to jutro jest oficjalnie ostatni 21 dzień, ale jakoś nie wydaje mi się abym znalazła czas na podsumowania przed wylotem, a tym bardziej będąc już w Potarganej Chałupce:)
Dlatego ostatnia notka dotycząca mojego wyzwania pojawia się właśnie dziś:)
Jak mi poszło?
Czy coś się zmieniło?
Ile dni wytrwałam? 
No i przede wszystkim- CO DALEJ??

To wszystko w filmikach:)
Są długie ale uwierzcie mi, to i tak jest sporo krótsza wersja:)

Dziękuję Wam bardzo za wsparcie, motywację, za WIARĘ we mnie!!!
Cieszę się bardzo, że zaczęłam tutaj pisać o mojej chorobie.
Nawet nie wiecie jak ogromny to był dla mnie postęp i jak wiele mi to dało!
To tylko 3 tygodnie a tyle się zmieniło!

Będę jeszcze wspominać jak mi idzie- na pewno! 
Ale nie chcę pisać o tym już każdego dnia.
Wyzwanie się skończyło, teraz będzie to codzienność:)



A już jutro Potargano Chałupka!!!
Chrupuś już tam jest i czuje się bardzo dobrze:)

Ahh nie ma słów, które wyrażą to jak bardzo się cieszę!
Obiecuję, że notka ze zdjęciami pojawi się jak najszybciej!

Pozdrawiam!
Klem, klem:)

czwartek, 13 kwietnia 2017

Dzień 17 i 18, URODZINY i pożegnanie z CHRUPCIEM


Jak ten czas szybko leci.
Wczoraj znowu miałam tysiąc spraw i jak spokojnie usiadłam było już po 22.
A że doskwiera mi niedobór snu to już nawet nie próbowałam pisać notki tylko uciekłam do wyrka.
I tak usnęłam grubo po 23 bo im bliżej wyjazdu tym więcej myśli się w głowie kłębi.
Ale tych pozytywnych!
No nie mogę uwierzyć, że jeszcze tylko piątek i sobota i fruuu do Balic:)
A tymczasem w Oslo wszystko pozamykane, autobusy jeżdżą jak w niedzielę, wielkie święto u nie-katolickiego narodu xD
Wszyscy pędzą w góry na resztki śniegu i narty, 
pozostali do swoich domków letniskowych i tylko te wyrzutki pracujące w święta pozostały, 
w tym ja hehe:)
Ale to dobrze, szybciej zleci:)

Ale do sedna.
Chrupuś pojechał:(
Zostałam na te 2 ostatnie dni i 3 wieczory sama.
I tak mi dziwnie i przykro:(
Mój brat jedzie jutro autem do Polski i tylko w taki sposób Chrupek może być z nami te 2 tygodnie w Potarganej Chałupce.
Martwię się tylko jak zniesie podróż.
Bo wiecie, ja to go zabawiałam, przytulałam po drodze, żeby się jak najmniej stresował,
a w kajucie na promie wypuszczałam go aby sobie pobrykał.
A mój brat to raczej sobie takimi rzeczami głowy zawracać nie będzie.
Ale w sobotę rano Chrup będzie już z Adamem i chłopcami:)
A ja dotrę dzień później:)


wtorek, 11 kwietnia 2017

Dzień SZESNASTY, wegański BIGOS i filmik o TERAPII zaburzeń odżywiania

Im mniej myślę o jedzeniu tym bardziej chce mi się pichcić:)
To ciekawe bo jak nastawiałam się na "wielki start" czyli OD PONIEDZIAŁKU, to za każdym razem brakowało mi czasu na planowanie posiłków.
Przez to podjadałam, a obiad często składał się z mnóstwa różnych produktów schrupanych na stojąco i bez udziału mózgu xD
A teraz? 
Teraz nie zastanawiam się pół dnia co ugotuję na obiad, co zrobię sobie jutro na śniadanie, co zabiorę do pracy...
Nie myślę o tym a i tak coś smakowego do głowy przychodzi:)
Ale ten bigos wypatrzyłam wczoraj ponownie na blogu Iny TRUE TASTE HUNTERS (link)
Rany jakie to dobre!!!


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Dzień PIĘTNASTY, odliczanie i pyszne kotlety

Jak ja się dziś czułam.
Z jednej strony fizycznie totalnie do bani, opuchnięta, śpiąca, czyli skutki zawalonego weekendu.
Z drugiej strony psychicznie- REWELACJA!
Serio!
Nie wiem jak to możliwe ale w ten ciężki kompulsywny weekend, między jednym napadem obżarstwa a drugi, doznałam olśnienia.
Brzmi głupio, może śmiesznie.
Nieważne:)
Kiedyś o tym napiszę ale jeszcze nie teraz:)
I stwierdzam, że dzień jest zdecydowanie za krótki!
Mimo, że już tak cudnie!
Ściemnia się dopiero po 20-stej i do tego fajnie bo szybko leci i wyjazd coraz bliżej.
Ale nie mam tyle czasu na pisanie tutaj a uwierzcie mi, pomysłów w głowie dużo, tematów, planów...
Mimo to nie narzekamy, cieszymy się wiosną, słońcem i kolorowym jedzeniem:)
A dziś jakie pyszne kotlety popełniłam!
I jakie proste!
Wegańskie oczywiście:)



niedziela, 9 kwietnia 2017

Dzień 12, 13, 14

To powinna być strasznie dołująca notka, pełna wyrzutów, obwiniania się, przepraszania, żalu,
okraszona hejtowaniem samej siebie, użalaniem się i poczuciem totalnej beznadziejności.
Już mi się szczerze mówiąc mieszają te dni, nie pamiętam, które były dobre, które średnie, a które totalnie do bani.
Wiem tylko, że im więcej złych myśli mam tym więcej spraw zawalam.
To takie błędne koło- wystarczy raz nawalić a idzie cała lawina bo gdzieś tam w głębi mam poczucie, 
że zawiodłam i zaczynam to odreagowywać w najlepiej znany sobie sposób.
W piątek było źle, a wczoraj, w sobotę spadłam na samo dno.
Czy Was to tak sam irytuje jak mnie?
Czy myślicie sobie- no kurde już tak dobrze jej szło a tu znowu lipa i od nowa...
Bo ja tak myślałam, do wczoraj.
Teraz już się nie zamartwiam.
Nie jestem wcale beznadziejna, nie jestem po*raną bulimiczką, użalającą się nad sobą.
Nie chcę wyzdrowieć.
Ja po prostu to zrobię!
Będę zdrowa, wiem to!





Klem, klem:)

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dzień JEDENASTY

Miałam dziś odpuścić pisanie ale nie dlatego, że coś poszło nie tak.
Po prostu jestem zmęczona i chcę się wcześniej płożyć.
Ale wiedziałam, że kilka osób mogłoby się zmartwić i myśleć, że znowu wróciły kompulsy.
A tymczasem 11 dzień walki za mną.
Przeważnie poddawałam się po max 3-4 dniach.
To już dla mnie o czymś świadczy.

Marzę już o niedzieli, o wyspaniu się, odpoczynku i o... bieganiu:)
Może już jutro znajdę czas i siłę:)
I na bieganie i na nadrabianie blogowych zaległości, które znowu mi się nagromadziły:(

A tymczasem zasypiam myśląc o zbliżającym się wielkimi krokami wylocie do Polski:)
Potargana Chałupka,  Adam, chłopcy, wiosna, lampka wina na tarasie i będę w raju:)
Za 10 dni dokładnie:)
Chcę żeby ten czas był udany, aby nic mi nie zakłócało tego szczęścia które mnie czeka jak tylko wysiądę z samolotu:)
Ale na dziś koniec tych moich przemyśleń.
Czas się dla odmiany wyspać!
Jutro wrócę z nowymi siłami i być może trochę ciekawszą notką:)
No i z Chrupkiem, który dzielnie mi towarzyszy i umila każdy dzień:)



Pozdrawiamy!
Klem, klem:)

środa, 5 kwietnia 2017

Dzień DZIESIĄTY, o dziewiątym zapomnijmy....

Tak, poległam i celowo wczoraj nie pisałam.
A chciałam, ale to byłby bardzo brzydki post pełen nienawiści do samej siebie.
A tego wolałam uniknąć.
Dziś za to cały dzień zastanawiałam się co poszło nie tak.
I jak to naprawić, tak aby następnym razem było lepiej.
No i trochę się sama w myślach wyzywałam, nawet trochę bardzo.
Ale po otrzymaniu tylu wiadomości na moim instagramie (link) przestałam myśleć o wczorajszym dniu a o tym, że jutro już poczuję się lepiej.
Najważniejsze jest to, że wiem co poszło nie tak.
A najgorsze, że wystarczyła chwila, jedna myśl, jedno zawahanie się i wszystko się posypało.
I teraz muszę pracować nad tym aby tę chwilę przeciągnąć, aby zmieścił się tam czas na szybkie przypomnienie sobie dlaczego nie mogę tego zrobić.
Dlaczego nie mogę się poddać.
To może być prysznic, napicie się wody, wyniesienie śmieci, zjedzenie marchewki.
Albo myśl, że ten mały uszaty znowu zobaczy mnie w takim stanie jakiego wstydzę się przed każdym, przed sobą i przed nim również.
A czemu muszę walczyć?
Bo gdy nie mam napadów, gdy nie wymiotuję i nie myślę obsesyjnie o jedzeniu,
wtedy jestem po prostu szczęśliwa.

Wytrzymałam 8 dni.
Dla mnie to i tak bardzo długo.
Ale teraz będę się starać podwójnie!


Klem, klem:)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Dzień ÓSMY, o tym czego NIE MOGĘ JEŚĆ

Na przestrzeni 13 lat moja choroba...hmm...ewoluowała?
Kiedyś robiłam specjalnie zakupy do napadów.
Jechałam do Biedronki i kupowałam najtańsze słodycze- czekoladę w słoiku, chipsy, płatki do mleka, chleb tostowy...
Potem zamykałam się w pokoju i jadłam, przez przynajmniej godzinę ciągle coś żułam, czasem czując smak, czasem nawet o nim nie myśląc.
A potem przychodził ten nieprzyjemny etap- wyrzuty sumienia, nienawiść do siebie i wymiotowanie.
I tak kilka razy pod rząd przez 5-6 godzin.
Po tym czasie byłam wykończona i fizycznie i psychicznie i obiecywałam sobie, że to ostatni raz.
Moim koleżankom powiedziałam dopiero w ostatniej klasie technikum.
Przez 4 lata udawałam przed nimi, że wszystko jest ok i nie miały zielonego pojęcia, że coś mi dolega.
Nawet na studniówkę nie poszłam bo czułam się gruba, brzydka, 
nie miałam chłopaka i nie śmiałam nawet prosić kogokolwiek o ewentualne towarzyszenie mi na balu.

Potem te wycieczki do sklepu były rzadsze, wystarczało mi to co ewentualnie znalazłam w domu.
Biały chleb z margaryną, makaron smażony z jajkiem, mleko z czym popadnie.

Dziś do mojego koszyka w sklepach trafiają same zdrowe rzeczy a teraz również wegańskie.
Słodyczy sama z siebie nie kupuję, chyba że dla kogoś.
A moje napady przyjęły tak na prawdę całkiem zdrową postać.
Okazało się, że gdy nie mam w domu czekolady, białego chleba i tłustego mleka i tak potrafię się objeść.
Teraz moimi "wrogami" potrafią stać się orzechy wszelkiego rodzaju, pestki słonecznika czy dyni,
daktyle, figi suszone, rodzynki...nawet ugotowana kasza jaglana!

Jeszcze w styczniu przywiozłam do Norwegii 2 kilogramy nerkowców, kilogram niesolonych orzeszków ziemnych, kilogram pestek dyni i słonecznika.
I zaczęło się chrupanie- garściami!
I teraz wiem, że już takich zapasów nigdy nie zrobię!
Jeśli będę potrzebować szklanki nerkowców to sobie je po prostu kupię w norweskim sklepie,
nawet jeśli te 200 gram będzie kosztować tyle co pół kilograma w Polsce.
Masła orzechowego też nie mogę kupić, bo się boję, że zjem wszystko, razem ze słoikiem nawet.
Bo ja się po prostu boję jedzenia!
Boję się, że wywoła ono wyrzuty sumienia i doprowadzi do napadu obżarstwa.

Ale doczekam takiego etapu w moim życiu, kiedy przestanę się bać.
Kiedy będę potrafiła zjeść jak człowiek garstkę orzechów i na tej garstce poprzestać.
Kiedy będę mogła mieć w szafce i masło orzechowe i zdrowy krem czekoladowy i nawet trochę tego mniej zdrowego jedzenia.
I nie będę się bała, że się na to rzucę.

I dziś był taki mały kroczek do tego.
Wyjęłam resztki moich zapasów, które niby są zdrowe a dla mnie niebezpieczne.
Otworzyłam pekany i zjadłam garstkę.
I tyle:)
Dało się? Dało!


niedziela, 2 kwietnia 2017

Dzień SIÓDMY, bieganie, domowe LODY i miska ze SZCZĘŚCIEM

To już tydzień!
TYDZIEŃ!
Wiecie, że ja nie pamiętam kiedy ostatnio wytrzymałam tydzień bez napadów obżarstwa i wymiotowania?
Do tej pory miałam już dwa dni, w których udało mi się pokonać chęć objedzenia się!
I jestem pewna, że gdyby nie to moje pisanie na blogu i Wasze komentarze, Wasze wsparcie, to te dwa dni byłyby spalone.
I pewnie weekend również, jak zawsze po wyjeździe Adama.
Dzięki Wam zrozumiałam, że nie powinnam się dołować, a cieszyć z większej ilości czasu tylko dla siebie.
Czasu, który powinnam wykorzystać jak najlepiej- i taki właśnie mam zamiar!
W ten oto sposób, zamiast pocieszać się przez weekend jedzeniem, zamiast zapychać doła kolejną porcją czegoś koniecznie niezdrowego, tłustego i pełnego tłuszczu, ja spędziłam te 2 dni aktywnie i zdrowo.
I teraz nie muszę użalać się jaka to beznadziejna jestem bo znowu zawaliłam.
Mogę napisać, że jestem z siebie niesamowicie dumna bo wytrwałam i dałam z siebie wszystko!
I to jest tak niesamowicie przyjemne, motywujące i dosłownie dodające skrzydeł!
Bo zaczynam wierzyć!
Choć jeszcze boję się tak o tym myśleć ale to prawda- zaczynam wierzyć, że mogę wyzdrowieć!