niedziela, 26 lutego 2017

Dlaczego nie jem mięsa

Nazwijmy sprawy po imieniu- jestem wegetarianką.
Oficjalnie od 1 stycznia, bo w Sylwestra skusiłam się na kawałek mięsa, choć wcześniej nie jadłam go ponad 2 miesiące.
Teraz znowu trochę czasu minęło i już jestem pewna, że nie tylko nie zjem więcej gulaszu, schabowego, kotleta mielonego czy pieczonego udka, ale nawet bardzo lubianej przeze mnie wątróbki i innych podrobów.
Nie zjem parówki, szynki, pasztetu czy lubianej kiedyś mortadeli.
Nie zjem galarety z nóżek, pulpetów, tradycyjnych gołąbków czy pierogów z kapustą i mięsem.


Nie jem ryb, choć całkowicie ich jeszcze nie wykluczam, bo może kiedyś będę chciała jeszcze poczuć smak łososia, ale niewykluczone, że i bez tego będę mogła spokojnie żyć.
Czy czuję jakbym sobie czegoś odmawiała?
Nieeee!!!!
Bo już mi klapki z oczu opadły.


Patrząc na wielki kawałek surowego różowego mięsa nie widzę obiadu a kawałek ciała zwierzęcia, któremu nie było dane żyć tyle ile powinno i w choć odrobinę godny sposób.
I nie piszę tego po to aby Was namawiać, po to aby komukolwiek obrzydzać mięso.
Piszę bo zapominam.
Zapominam jak ta moja przemiana przebiegała u mnie a bardzo chciałabym wiedzieć kiedy to się zaczęło i jak ewoluowało.
Chciałabym nazwać się kiedyś weganką.
W zasadzie mogę powiedzieć, że w 90% nią jestem.
Licząc powiedzmy od Nowego Roku zjadłam max 3 jajka i łącznie ze 2 szklanki mleka, czy to wypitego bezpośrednio, czy to w jakimś wypieku.
JA!
Jeszcze we wrześniu w filmiku z odpowiedziami do Liebster Blog Awards mówiłam, że nie mogłabym zostać weganką bo nie potrafiłabym zrezygnować z mleka i jego przetworów!
I na serio tak myślałam!
A czemu?
Bo wychowałam się na krowim/kozim mleku, swojskim twarogu, śmietanie, na maśle, kaszy mannie i kluskach lanych na mleku rzecz jasna.
Nigdy nie próbowałam odstawić nabiału bo byłam przekonana, że nie mogę bez niego żyć, że zbyt wiele produktów typu twarożki, jogurty, serki zjadam i po ich odstawieniu nie będę miała po prostu co jeść!
A weganizm? Abstrakcja, paranoja, wyolbrzymienie.
Weganie przesadzają, przecież kura musi znieść jajko a krowa musi zostać wydojona....
Tak, takie miałam bezpieczne, asekuracyjne podejście po to aby móc dalej cieszyć się klapkami na oczach.
Mimo, że wychowując się już na tej mojej wsi, doskonale wiedziałam czym było to mięso co pływa w rosole.
Było kurą, która biegała jeszcze 3 godziny temu po podwórku.
Kiedyś faktycznie myślałam, że wszystkie kury biegają po trawce i grzebią w ziemi a krowy pasą się na łąkach i jedyne co można hodowcom zarzucić to to, że krowy jedzą trawę tuż przy drodze.


NIE WIEDZIAŁAM, że mleczna krowa często przez całe swoje życie nie widzi słońca!
Że stoi 5 lat pasiona i dojona na zmianę, że musi wyrobić normy powyżej 20 litrów mleka czyli o 6-8 litrów więcej niż natura nakazuje, przy czym to mleko nie trafia do jej dziecka bo ono zabierane jest już następnego dnia po urodzeniu.
Krowa czuje i wie, że zabierają jej dziecko, i tak każdego roku cierpi bo je traci, a przy tym jest wycieńczona fizycznie bo cały czas wymaga się od niej aby dawała jak najwięcej mleka.
Takie tempo wytrzymuje średnio 5-7 lat, potem jej wydajność spada, opłacalność też i trafia do rzeźni na mięso 2 kategorii.
A powinna żyć nawet 20 lat i więcej
Ja tego naprawdę nie wiedziałam!!!
Głupia dałam się nabrać na te durne reklamy krówek pasących się na łąkach, szczęśliwych, machających ogonami...
Bo nasza krowa, Kalina, taki właśnie żywot miała.
A jak miała cielaka to mleko było dla niego a nie dla nas!
I tak powinno być!
A nie jest!
I ja się na to nie godzę po prostu.


Wychowałam się wśród zwierząt gospodarskich.
Mieliśmy klaczkę, kiedyś podobno też owieczek kilka, krowę, a na sam koniec, w moich już starszych latach mieliśmy kilka kóz.
Na sam koniec.


Klaczkę potrącił samochód.
Zerwała się z łańcucha na polu tuż za domem i przez czyjeś podwórko wyszła na ulicę i biegła w stronę naszego domu. 

Jechał jakiś 16 latek, oczywiście bez prawa jazdy. Zamiast zwolnić, a najlepiej zatrzymać się, on zaczął biegnącego konia wyprzedzać... 
Mićka się wystraszyła, uskoczyła wpadając bokiem na auto.
Mieliśmy ją 12 lat, złamana noga, musieliśmy ją uśpić aby nie cierpiała.
Ale koń to nie pies, nie można go zakopać pod drzewem...trzeba albo zutylizować i za to słono zapłacić albo oddać do rzeźni...Wtedy pracowała tylko moja mama i zarabiała max 1000 zł na 4 osoby więc możecie się domyślić jaką decyzję musieliśmy podjąć...
Pocieszałam się, że spokojnie zasnęła i dopiero potem przyjechali po nią. 

Już nic nie czuła.
Potem miałam mięsowstręt ale głównie jeśli chodziło o wędliny i mięsne przetwory bo bałam się, że może w nich być nasz koń...


Kozy...kozy jedzą i jedzą, są wszystkożerne, uwielbiały gazety xD
Nie wiem kto je zabijał, chyba ojciec ale nie jestem pewna...w każdym razie 2 razy widziałam mięso na stole, nawet go spróbowałam ale kozina jest bardzo specyficzna i mi nie smakowała...
Wiedziałam, że to było zwierzę, które chodziło po naszym podwórku a mimo to nie widziałam nic złego w tym, że lądowało w zamrażarce i na talerzach....
Żałuję tego, żałuję, że się nie postawiłam albo chociaż sama nie odmówiłam jedzenia tego...
Nie widziałam w tym po prostu nic złego.
Tak jest na wsi, ma się zwierzęta i czasem te zwierzęta trafiają na stół.
Kozy były u nas dosyć długo, średnio 1-2 dorosłe i czasem ich młode, które po prostu się sprzedawało. 

Ludzie kupowali je ze względu na mleko, które nie uczulało i podobno było bardzo zdrowe.
Później mój ojciec dostał od kogoś kozła.
Ten kozioł był u nas może 2 lata.
Zaczął robić się agresywny.
Pewnego dnia zaatakował mnie, uderzył w biodro i dodatkowo poobijałam się o ścianę, na którą wpadłam.
Ojciec zdecydował, że jest z nim coraz gorzej i trzeba go jak najszybciej "zlikwidować"
To jest jedyny przypadek, w którym tak bardzo żałuję, że jakieś zwierzę nie zostało od razu zabite...
Chociaż teraz po latach myślę, że można go było po prostu czasowo odizolować, może to hormony, może dało się coś zrobić aby zapobiec temu koszmarowi a jednocześnie nie zabijać zwierzęcia.
Teraz tak myślę ale wtedy z całego serca nienawidziłam tego kozła..nie za to, że mnie uderzył, a za to, że dzień później zaatakował mamę.
Podobno nawet w radiu o tym mówili jako o kolejnym przykrym wypadku z udziałem zwierząt gospodarskich, przykrym wypadku, który zabrał nam mamę.


Powinnam nienawidzić zwierząt.
Powinnam mieć żal do końca życia i tak było na początku.
Na samo wypowiedziane słowo kozioł miałam świeczki w oczach i zaciśnięte pięści z nerwów.
Ale po jakimś czasie usłyszałam jak jeden facet chwalił się jak to przyszli w trzech do nas zabić tego kozła chwilę po wypadku...

"Nie trafiło im się w szyję tylko w nogę i potem znowu gdzieś się siekiera omsknęła i wierzgał ale dobrze mu tak..."
Serce mi stanęło...
Rozpłakałam się z żalu nad zwierzęciem, którego wcześniej sama nienawidziłam.
Nikt nie zasłużył na katowanie siekierą!!!


Musiałam kiedyś o tym napisać i to z siebie wyrzucić.
Myślę, że w tak długiej notce przeczytają to tylko osoby faktycznie zainteresowane tematem...


Minęło już 8 lat, przez ten czas miałam klapki na oczach nie tylko na sprawy jedzenia mięsa ale w ogóle jakiegokolwiek racjonalnego odżywiania się.
Miałam gdzieś to co jem, jak jem, czy będę od tego zdrowa, chora czy będę świecić na zielono, czy jem zwierzęta i jak te zwierzęta są hodowane.
W nosie miałam to, jak i swoje zdrowie, liczyło się tylko aby przetrwać każdy następny dzień i być coraz dalej od tamtego koszmaru.
Przez pierwsze 2-3 lata wręcz nie chciałam być zdrowa!
Bo po co, bo dla kogo? Coś mnie niby jeszcze w życiu czeka? Nie sądzę!
Dopiero gdy poznałam Adama i wiedziałam już, że faktycznie możemy być razem, że mam już dla kogo żyć i dbać o siebie, zaczęłam znowu zwracać uwagę na to co jem.
I przestałam skupiać się tylko i wyłącznie na swoim bólu.


Cały czas mam przed oczami filmik obejrzany kilka miesięcy temu, na którym przerażone świnie pędzone są na rzeź, filmik z królikiem obdzieranym z sierści do gołej skóry i wyjącym z bólu tak rozpaczliwie, że serce się zatrzymuje, a łzy mimowolnie napływają do oczu.
Tak nie można!!!


Czemu nie widziałam tego wcześniej???
Czemu przyczyniałam się do tych procederów serwując schabowe na obiad, kupując puchową pościel, wełniane skarpetki, skórzane buty...
Czy ja faktycznie nie wiedziałam czy może udawałam bo tak wygodniej?


Nie ważne, teraz już nie mam klapek na oczach i po prostu, najzwyczajniej w świecie nie wyobrażam sobie abym mogła brać w tym nadal udział.

To tyle...



czwartek, 23 lutego 2017

Tydzień w zdjęciach

I znowu mnie nie było a być miałam!
Znowu gdzieś tam lenia blogowego złapałam i jestem o to zła na siebie strasznie ale z drugiej strony tak sobie myślę, że nie jest to też jakiś wielki problem dla mnie:)
Tak to już jest, że raz coś nam się chce a raz nie, nie ma co dramatyzować:)
Mam teraz przynajmniej kilka rzeczy do pokazania, zwierza jednego szczególnego też zobaczycie obowiązkowo, trochę dobrego jedzonka i norweskich klimatów.
Tydzień, a w zasadzie prawie 10 dni w zdjęciach.
No to goł:)



środa, 15 lutego 2017

Filmik

Dzień dobry cześć i czołem:)
Pozdrawiamy z zakatarzonego Oslo:) 
A mama ostrzegała: "po alkoholu dziecko spada odporność i możesz nie tylko odchorowywać kacem ale i nabawić się przeziębienia".
Jako, że kaca wielkiego nie było to chorobą nadrabiam.
Ale nie jest tak źle!
Mówię, chodzę, oddycham, apetyt mam taki jak zawsze więc przeżyjemy.
Dziś miał być słitaśny post o walentynkach, miłości i i tych wszystkich wspaniałych uczuciach których doznaję od samego patrzenia na zdjęcia bliskich mi osób.
Ale stwierdziłam, że nie potrzebuję walentynek jako pretekstu do takiej publikacji i mogę notkę dodać kiedy zechcę a dziś...
A dziś będzie Chrupek, będę ja i chwila z naszego życia tutaj w Oslo.
Dokładnie kwadrans:)
Filmik nie był planowany, reżyserowany ani poprawiany dlatego jest jak jest,
a ja chora dodatkowo zawieszam się, pociągam nosem i szeleszczę reklamówkami tak, że czasem nic innego nie słychać:)
Ale jest też Chrupek!
Dokładnie przez kilka pierwszych i ostatnich minut więc jeśli kogoś nie bardzo obchodzą moje przejrzałe banany i inne zakupy niech od razu przesunie na ok 13stą minutę:) 
Ale po Chrupusiowym wstępie rzecz jasna!



Pozdrawiamy!
Klem, klem:)

niedziela, 12 lutego 2017

Co robimy jak nas tu nie ma?:)


Ciężko, coś ciężko jest mi się zebrać, pisać regularnie, planować i panować jakoś nad każdym dniem tak aby nie marnować tyle czasu ile marnuję obecnie...
Wymówek i usprawiedliwień jest co najmniej tyle ile "od jutra".
Ale luty i tak jest lepszy mimo, że był bardzo stresujący. 
Pokazał mi przynajmniej, że nie jestem wcale taka beznadziejna jak mi się wiecznie wydaje (przynajmniej jeśli o język norweski chodzi:)
A tymczasem mamy zimę pełną parą i, choć zdjęcie wykonałam kilka dni temu, to krajobraz tu w Oslo wcale się nie zmienił. 
Przynajmniej tak jest cały czas u mnie na osiedlu domków, bo już w ścisłym centrum 6 km dalej śniegu totalnie brak i czuję się jak debil paradując w śniegowcach:)
Ale tutaj nikt nie zwraca uwagi na "odmieńców" i właśnie za to bardzo sobie cenię te skandynawskie ziemie:)


wtorek, 31 stycznia 2017

Mała puchata kulka

Ostatecznie nie robiłam podsumowania 2016 roku.
Po wielu przejściach w życiu wychodzę z założenia, że nie powinnam patrzeć wstecz.
Jestem wdzięczna za każdy rok, który przeżyłam i który oddala mnie od złych wspomnień, a te dobre i tak mam zakodowane w głowie, nie muszę sobie ich w styczniu specjalnie przypominać:)

Ale o jednej niesamowicie pozytywnej zmianie, która nastąpiła w moim życiu w 2016 roku muszę tutaj napisać.

Dokładnie 7 sierpnia, pamiętam bo właśnie szykowaliśmy się z Adamem na poprawiny, zadzwonił mój brat, kazał mi poczekać bo właśnie do mnie jedzie i ma dla mnie niespodziankę.
To źle wróżyło bo nigdy nic od niego nie dostałam...
Ale byłam wściekła!
Nie mamy czasu, już jesteśmy spóźnieni a mój braciszek coś sobie w tej swojej pecynie uroił!
W końcu przyjechał i wyciągnął z kieszeni małą włochatą przestraszoną kuleczkę...
I tak oto poznaliśmy CHRUPKA:)



sobota, 28 stycznia 2017

Sałatka z SOCZEWICY z BURAKIEM i sosem MUSZTARDOWYM

Zaskakujące jest to jak w życiu zmieniają się smaki.
Kiedyś buraki tolerowałam tylko i wyłącznie w formie zawekowanej paćki domowej roboty, którą moja mama każdego roku wytwarzała w ilości hurtowej.
Niezależnie od tego czy słoiczków było 10 czy 50, nigdy nie zdarzyło się aby choć jeden wiosny doczekał:)
Barszcz czerwony był za to moją zmorą. Zresztą które dziecko go lubiło? 
W szkole na stołówce panie pilnowały nas tylko w ten dzień gdy podawano właśnie barszcz. 
Nie można było wstać od stolika póki w talerzu nie było widać dna.
To był koszmar, który sukcesywnie zniechęcił mnie do buraków!
Na szczęście mama w domu nas barszczem czerwonym nie katowała i ogólnie nigdy nie zmuszała do jedzenia czegoś na co nie mamy ochoty.
I chwała jej za to bo dzięki niej szybko zaczęłam sama przekonywać się do wszystkich warzyw i owoców a na starość pokochałam nawet ten feralny barszcz i wszystko co ma cokolwiek z buraczkami wspólnego:)
Dzisiejsza sałatka to kolejna propozycja, tuż po "sznyclach z kaszy gryczanej i pieczarek" (link) z książki "Wegan Nerd. Moja roślinna kuchnia" Alicji Rokickiej, autorki bloga WEGAN NERD (link).
Do wypróbowania czeka cała kolejka przepisów i jeśli wszystkie są tak ciekawe i smakują tak zaskakująco dobrze, to podejrzewam, że wyżej wymieniona książka kucharska stanie się moją ulubioną:) Ale na szczegółową recenzję jeszcze chwilkę niech sobie poczeka:)

A tymczasem przyjrzyjmy się sałatce, która poprzez obecność surowego buraka miała według moich przypuszczeń okazać się totalną porażką i ohydą.
A wyszło niebo w gębie!


czwartek, 26 stycznia 2017

"Glutenowe kłamstwo i inne mity o tym, co jemy"

W ciągu ostatnich kilku miesięcy nabyłam sporo książek dotyczących odżywiania.
Sporo?
W sumie całą masę.
Kilka już przeczytałam i w końcu zabieram się za ich omawianie a zacznę od dopiero co ukończonej, bo tę mam najbardziej w pamięci i...w zasadzie mam o niej najmniej do powiedzenia.
Dlaczego?