poniedziałek, 27 marca 2017

Dzień PIERWSZY

Od początku marca starałam się pracować nad sobą.
3 tygodnie temu napisałam o moich problemach z zaburzeniami odżywiania, które ciągną się za mną już od kilkunastu lat i jak do tej pory nie znalazłam dla siebie właściwej drogi do całkowitego wyleczenia.
Szło mi całkiem dobrze, po kilka dni, potem trochę gorzej, potem znowu lepiej, potem znowu i tak w kratkę.
Ostatnie 3-4 dni pokazały mi, że znowu coś jest nie tak, znowu wpadłam w "ciąg" i to jest identycznie jak z ciągiem alkoholowym.
Tylko zamiast na wino/wódkę/piwo człowiek rzuca się na chleb, płatki, słodycze, słone przekąski i w zasadzie wszystko co jest pod ręką i jest wysokokaloryczne, pełne tłuszczu i cukru.
Co rano jest rachunek sumienia żal za grzechy i postanowienie poprawy, a po 2-3 godzinach znowu to samo.
Przecież nic się nie stanie, zacznę od jutra i to tak, że dam z siebie 100%, a dziś się do tego przygotuję- naszykuję jadłospis, listę zakupów i plan treningowy.
Tylko, że zamiast szykować się do kolejnego początku ja tylko jem jem i jem i rano od początku stary schemat.
Tak wyglądały moje 4 ostatnie dni.
Chyba nie muszę pisać jak się z tym czułam.
Miałam zamiar przemilczeć to na blogu- przez wstyd- napisać za kilka dni po prostu "bywało lepiej i gorzej ale już jest ok".
Bo osoby z zaburzeniami odżywiania potrafią doskonale udawać, że nic się nie dzieje.
U mnie po 13 latach choroby wie o niej nadal tylko garstka najbliższych osób, z czego 90% myśli, że już jest wszystko dobrze.
A co najlepsze dzisiejszą notkę miałam napisać już wczoraj, dzień był rozpoczęty super bo porannym 10-kilometrowym wybieganiem i byłam z siebie dumna.
Ale wieczorem zamiast pisać na blogu dorwałam się do ciastek...
I mam już tego dosyć!

czwartek, 23 marca 2017

DOM

Wychowałam się w drewniaku z 1947 roku.
Szczerze?
Nie lubiłam tego domu, nigdy.
Za krzywe ściany z jakiejś płyty wiórowej, malowane na żółto z wzorkiem od wałka i zaciekami.
Bo wiatr często strącał stare dachówki i gdzieś tam się czasem lało.
Za stare okna, którymi wiało a przy myciu wchodziły w palce drzazgi.
W kuchni nawet na zimę zasłanialiśmy jedno okno kapą bo tak ciągnęło zimno...
Za stare podłogi, które trzeba było szczotką szorować bo brud wchodził w zagłębienia- a nawet jak się je tak porządnie wypucowało to wyglądały jak brudne bo farba się zdzierała.
Za to, że długo nie było w domu wody, nosiło się ją ze studni na podwórku a ja się bałam, że do niej wpadnę jak w bajce o dwóch Dorotkach.
Za to, że zimą paliło się tylko w kuchni i przez te kilka miesięcy siedzieliśmy w 4 w "jednej izbie".
Za to, że nie było łazienki a wodę grzało się na piecu lub na gazie.
Za to, że nie miałam własnego pokoju.
Choć w sumie miałam- jako 10 latka sama wypucowałam "mały pokój", który był po sufit zawalony gratami. 
Został stary, czarny i przerażający kredens, panieńska meblościanka mamy ze składanym biurkiem i łóżkiem, brudne ściany zakryte plakatami z Bravo, Popcornu i Kawaii, i uginająca się podłoga przez którą wszystko falowało.
A ja ten kredens i biurko i wszystko pucowałam co sobotę bo byłam szczęśliwa, że mam swój kącik.
Ale nadal zazdrościłam koleżankom, które miały zwykłe murowane domy, proste ściany, panele zamiast starych desek, ogrzewanie centralne i łazienki.
Miałam dopiero 21 lat gdy wyremontowaliśmy dom od podłóg po dach.
Teraz przypomina te domy koleżanek, tylko jest ładniejszy bo zielony:)
No i pewnie postoi dłużej niż te murowane bo mimo sędziwego wieku ściany ma niesamowicie mocne.
Ale remont nic nie zmienił, nadal nie lubiłam tego domu, za dużo wspomnień i żal bo on miał być taki ładny, odnowiony, ale dla mamy, a jej już nie było z nami.

Ale mam też z nim pewne dobre wspomnienia bo dom mój rodzinny remontował Adam...i tak to się wszystko zaczęło:)
W zasadzie mogę powiedzieć, że poznałam Go właśnie dzięki temu staremu drewniakowi i jak tak pomyślę to zaczynam nawet lubię mój dawny dom.
Dawny bo już tam nie mieszkam, wywiało mnie do...innego drewniaka.
Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że kupię taki 80-letni dom i będę jeszcze chciała wyeksponować jego krzywizny, drewno i stare okna- popukałabym się w swoje wielkie czoło xD
A tu się okazało, że nie dość, że byłam zachwycona to jeszcze pokochałam go całym sercem:)

Od początku wiedzieliśmy, że to będzie dom na wakacje, na wypad weekendowy, taka nasza ostoja i oderwanie od pracy i problemów.
Bo tam, dosłownie za siedmioma górami i siedmioma lasami, gdzie leży nasza Potargano Chałupka, tam czas się zatrzymuje.
Można odpocząć, naładować baterie, nacieszyć się spokojem.
Ale mieszkać cały rok?
Yyyy...
No właśnie.
Może i byśmy o tym myśleli, gdyby nie takie jedno piękne miejsce, z drzewami, na które wchodziłam jako dziecko i budowałam domki, z widokiem na las, do którego chodziłam tysiące razy.
Tuż obok mojego rodzinnego zielonego domku, po drugiej stronie ulicy czeka na nas to wymarzone miejsce.
I tam kiedyś zamieszkamy.
I mimo, że dom wybraliśmy tak różny od Potarganej Chałupki, to jestem pewna, że jakieś jej elementy przemycę do wnętrza:)
Na przykład drewno, duuużo drewna:)

Bo jak się tylko da to trzeba marzenia spełniać.

poniedziałek, 13 marca 2017

Tydzień w zdjęciach

I kolejny tydzień marca za nami.
Wiecie, że za równy miesiąc będę kolejny rok starsza?:)
A 3 dni później polecę świętować do Polski:):)
Już się nie mogę doczekać!

Ale ja nie o tym w sumie chciałam.
Post powinnam zacząć od ogromnych podziękowań za tak ciepłe przyjęcie moich ostatnich uzewnętrznień:) Podziękować wszystkim, którzy napisali ciepłe słowo zarówno tutaj jak i na instagramie.
To znaczy dla mnie bardzo bardzo dużo i działa niesamowicie motywująco!
Wiem, że jedyny sposób na pokonanie "potwora" to zaakceptowanie siebie i nad tym bardzo pracuję każdego dnia.
I nie będę udawać- nie zawsze mi się udaje, po dwóch tygodniach mam na swoim koncie 3 słabsze dni ale w każdej porażce widzę i tak wielką poprawę! 
Bo to co ja teraz nazywam kiepskim dniem, kiedyś było prawie idealnym w porównaniu do tych strasznych kompulsów, które potrafiły mi towarzyszyć od rana do nocy.
Dlatego taki dzień nie jest już dla mnie porażką a lekcją, z której muszę wyciągnąć wnioski.
Jeszcze raz bardzo bardzo dziękuję za wsparcie!
I za poświęcenie chociaż tej jednej chwili na naskrobanie kilku motywujących słów:)

A tymczasem ostatnie kilka dni w nadal zimowym Oslo.
Pokazało się i słońce i śnieg i mróz i odwilż i znowu śnieg i mróz i tak na zmianę:)
Jeszcze nam trochę do wiosny brakuje ale już niedługo, już niedługo!


poniedziałek, 6 marca 2017

Pokonam zaburzenia odżywiania

Czy dziś może być 6 stycznia?
Niee, nie chcę się cofać w czasie.
Nigdy nie chciałam nawet o sekundę, chyba że mogłabym zmieniać przeszłość...
Po prostu tak siedzę, rozmyślam i dochodzę do odkrywczego wniosku, że tak właśnie powinien wyglądać mój początek roku.
Ten moment kiedy zaczynamy z czystą kartą, nowy rok, nowa ja, mnóstwo postanowień i pewność, że tym razem się uda.
U mnie się nie udało.
W zasadzie nie wiem czy choć 1 dzień w styczniu miałam dobry.
Dobry w pewnym określonym sensie.
Dobry bo wolny od zaburzeń odżywiania.
Może jakieś pojedyncze dni się zdarzały, w lutym było ich już więcej ale też bez szału wielkiego.
To takie głupie trochę bo pokazuję tutaj zdrowe, kolorowe potrawy i ogólną hygge z życia a tymczasem nie wszystko jest takie jak być powinno.
Czasem nic nie jest.
Bo we mnie są dwie zupełnie różne osoby.
Jedna pełna wdzięczności do losu, szczęśliwa, energiczna i naprawdę optymistycznie nastawiona do siebie i świata.
Druga zdołowana, zła, zakompleksiona, leniwa, odkładająca wszystko na później, pesymistka, i za to wszystko pełna nienawiści do samej siebie.
Gdy ta pierwsza jest u władzy życie jest piękne!
Ta druga za to przychodzi razem z napadami kompulsywnymi i bulimicznymi czyli, nazwijmy to po imieniu- z obżarstwem do granic możliwości i często wymiotami.
Walczę z tą drugą "złą" mną już prawie połowę życia.
Czasem tylko myślę, że walczę a czasem walczę naprawdę.
I teraz jest to naprawdę.
Mimo, że to dopiero tydzień.
Ale pierwszy od dawna tydzień tej szczęśliwej Magdy.
Tej, co nie musi nic udawać, tej za której uśmiechem kryje się tylko i wyłącznie prawdziwa radość a nie próba ukrycia złości i łez.
Muszę sobie ten tydzień zapisać, utrwalić i powtarzać, powtarzać, powtarzać już zawsze!



niedziela, 26 lutego 2017

Dlaczego nie jem mięsa

Nazwijmy sprawy po imieniu- jestem wegetarianką.
Oficjalnie od 1 stycznia, bo w Sylwestra skusiłam się na kawałek mięsa, choć wcześniej nie jadłam go ponad 2 miesiące.
Teraz znowu trochę czasu minęło i już jestem pewna, że nie tylko nie zjem więcej gulaszu, schabowego, kotleta mielonego czy pieczonego udka, ale nawet bardzo lubianej przeze mnie wątróbki i innych podrobów.
Nie zjem parówki, szynki, pasztetu czy lubianej kiedyś mortadeli.
Nie zjem galarety z nóżek, pulpetów, tradycyjnych gołąbków czy pierogów z kapustą i mięsem.


Nie jem ryb, choć całkowicie ich jeszcze nie wykluczam, bo może kiedyś będę chciała jeszcze poczuć smak łososia, ale niewykluczone, że i bez tego będę mogła spokojnie żyć.
Czy czuję jakbym sobie czegoś odmawiała?
Nieeee!!!!
Bo już mi klapki z oczu opadły.


Patrząc na wielki kawałek surowego różowego mięsa nie widzę obiadu a kawałek ciała zwierzęcia, któremu nie było dane żyć tyle ile powinno i w choć odrobinę godny sposób.
I nie piszę tego po to aby Was namawiać, po to aby komukolwiek obrzydzać mięso.
Piszę bo zapominam.
Zapominam jak ta moja przemiana przebiegała u mnie a bardzo chciałabym wiedzieć kiedy to się zaczęło i jak ewoluowało.
Chciałabym nazwać się kiedyś weganką.
W zasadzie mogę powiedzieć, że w 90% nią jestem.
Licząc powiedzmy od Nowego Roku zjadłam max 3 jajka i łącznie ze 2 szklanki mleka, czy to wypitego bezpośrednio, czy to w jakimś wypieku.
JA!
Jeszcze we wrześniu w filmiku z odpowiedziami do Liebster Blog Awards mówiłam, że nie mogłabym zostać weganką bo nie potrafiłabym zrezygnować z mleka i jego przetworów!
I na serio tak myślałam!
A czemu?
Bo wychowałam się na krowim/kozim mleku, swojskim twarogu, śmietanie, na maśle, kaszy mannie i kluskach lanych na mleku rzecz jasna.
Nigdy nie próbowałam odstawić nabiału bo byłam przekonana, że nie mogę bez niego żyć, że zbyt wiele produktów typu twarożki, jogurty, serki zjadam i po ich odstawieniu nie będę miała po prostu co jeść!
A weganizm? Abstrakcja, paranoja, wyolbrzymienie.
Weganie przesadzają, przecież kura musi znieść jajko a krowa musi zostać wydojona....
Tak, takie miałam bezpieczne, asekuracyjne podejście po to aby móc dalej cieszyć się klapkami na oczach.
Mimo, że wychowując się już na tej mojej wsi, doskonale wiedziałam czym było to mięso co pływa w rosole.
Było kurą, która biegała jeszcze 3 godziny temu po podwórku.
Kiedyś faktycznie myślałam, że wszystkie kury biegają po trawce i grzebią w ziemi a krowy pasą się na łąkach i jedyne co można hodowcom zarzucić to to, że krowy jedzą trawę tuż przy drodze.


NIE WIEDZIAŁAM, że mleczna krowa często przez całe swoje życie nie widzi słońca!
Że stoi 5 lat pasiona i dojona na zmianę, że musi wyrobić normy powyżej 20 litrów mleka czyli o 6-8 litrów więcej niż natura nakazuje, przy czym to mleko nie trafia do jej dziecka bo ono zabierane jest już następnego dnia po urodzeniu.
Krowa czuje i wie, że zabierają jej dziecko, i tak każdego roku cierpi bo je traci, a przy tym jest wycieńczona fizycznie bo cały czas wymaga się od niej aby dawała jak najwięcej mleka.
Takie tempo wytrzymuje średnio 5-7 lat, potem jej wydajność spada, opłacalność też i trafia do rzeźni na mięso 2 kategorii.
A powinna żyć nawet 20 lat i więcej
Ja tego naprawdę nie wiedziałam!!!
Głupia dałam się nabrać na te durne reklamy krówek pasących się na łąkach, szczęśliwych, machających ogonami...
Bo nasza krowa, Kalina, taki właśnie żywot miała.
A jak miała cielaka to mleko było dla niego a nie dla nas!
I tak powinno być!
A nie jest!
I ja się na to nie godzę po prostu.


Wychowałam się wśród zwierząt gospodarskich.
Mieliśmy klaczkę, kiedyś podobno też owieczek kilka, krowę, a na sam koniec, w moich już starszych latach mieliśmy kilka kóz.
Na sam koniec.


Klaczkę potrącił samochód.
Zerwała się z łańcucha na polu tuż za domem i przez czyjeś podwórko wyszła na ulicę i biegła w stronę naszego domu. 

Jechał jakiś 16 latek, oczywiście bez prawa jazdy. Zamiast zwolnić, a najlepiej zatrzymać się, on zaczął biegnącego konia wyprzedzać... 
Mićka się wystraszyła, uskoczyła wpadając bokiem na auto.
Mieliśmy ją 12 lat, złamana noga, musieliśmy ją uśpić aby nie cierpiała.
Ale koń to nie pies, nie można go zakopać pod drzewem...trzeba albo zutylizować i za to słono zapłacić albo oddać do rzeźni...Wtedy pracowała tylko moja mama i zarabiała max 1000 zł na 4 osoby więc możecie się domyślić jaką decyzję musieliśmy podjąć...
Pocieszałam się, że spokojnie zasnęła i dopiero potem przyjechali po nią. 

Już nic nie czuła.
Potem miałam mięsowstręt ale głównie jeśli chodziło o wędliny i mięsne przetwory bo bałam się, że może w nich być nasz koń...


Kozy...kozy jedzą i jedzą, są wszystkożerne, uwielbiały gazety xD
Nie wiem kto je zabijał, chyba ojciec ale nie jestem pewna...w każdym razie 2 razy widziałam mięso na stole, nawet go spróbowałam ale kozina jest bardzo specyficzna i mi nie smakowała...
Wiedziałam, że to było zwierzę, które chodziło po naszym podwórku a mimo to nie widziałam nic złego w tym, że lądowało w zamrażarce i na talerzach....
Żałuję tego, żałuję, że się nie postawiłam albo chociaż sama nie odmówiłam jedzenia tego...
Nie widziałam w tym po prostu nic złego.
Tak jest na wsi, ma się zwierzęta i czasem te zwierzęta trafiają na stół.
Kozy były u nas dosyć długo, średnio 1-2 dorosłe i czasem ich młode, które po prostu się sprzedawało. 

Ludzie kupowali je ze względu na mleko, które nie uczulało i podobno było bardzo zdrowe.
Później mój ojciec dostał od kogoś kozła.
Ten kozioł był u nas może 2 lata.
Zaczął robić się agresywny.
Pewnego dnia zaatakował mnie, uderzył w biodro i dodatkowo poobijałam się o ścianę, na którą wpadłam.
Ojciec zdecydował, że jest z nim coraz gorzej i trzeba go jak najszybciej "zlikwidować"
To jest jedyny przypadek, w którym tak bardzo żałuję, że jakieś zwierzę nie zostało od razu zabite...
Chociaż teraz po latach myślę, że można go było po prostu czasowo odizolować, może to hormony, może dało się coś zrobić aby zapobiec temu koszmarowi a jednocześnie nie zabijać zwierzęcia.
Teraz tak myślę ale wtedy z całego serca nienawidziłam tego kozła..nie za to, że mnie uderzył, a za to, że dzień później zaatakował mamę.
Podobno nawet w radiu o tym mówili jako o kolejnym przykrym wypadku z udziałem zwierząt gospodarskich, przykrym wypadku, który zabrał nam mamę.


Powinnam nienawidzić zwierząt.
Powinnam mieć żal do końca życia i tak było na początku.
Na samo wypowiedziane słowo kozioł miałam świeczki w oczach i zaciśnięte pięści z nerwów.
Ale po jakimś czasie usłyszałam jak jeden facet chwalił się jak to przyszli w trzech do nas zabić tego kozła chwilę po wypadku...

"Nie trafiło im się w szyję tylko w nogę i potem znowu gdzieś się siekiera omsknęła i wierzgał ale dobrze mu tak..."
Serce mi stanęło...
Rozpłakałam się z żalu nad zwierzęciem, którego wcześniej sama nienawidziłam.
Nikt nie zasłużył na katowanie siekierą!!!


Musiałam kiedyś o tym napisać i to z siebie wyrzucić.
Myślę, że w tak długiej notce przeczytają to tylko osoby faktycznie zainteresowane tematem...


Minęło już 8 lat, przez ten czas miałam klapki na oczach nie tylko na sprawy jedzenia mięsa ale w ogóle jakiegokolwiek racjonalnego odżywiania się.
Miałam gdzieś to co jem, jak jem, czy będę od tego zdrowa, chora czy będę świecić na zielono, czy jem zwierzęta i jak te zwierzęta są hodowane.
W nosie miałam to, jak i swoje zdrowie, liczyło się tylko aby przetrwać każdy następny dzień i być coraz dalej od tamtego koszmaru.
Przez pierwsze 2-3 lata wręcz nie chciałam być zdrowa!
Bo po co, bo dla kogo? Coś mnie niby jeszcze w życiu czeka? Nie sądzę!
Dopiero gdy poznałam Adama i wiedziałam już, że faktycznie możemy być razem, że mam już dla kogo żyć i dbać o siebie, zaczęłam znowu zwracać uwagę na to co jem.
I przestałam skupiać się tylko i wyłącznie na swoim bólu.


Cały czas mam przed oczami filmik obejrzany kilka miesięcy temu, na którym przerażone świnie pędzone są na rzeź, filmik z królikiem obdzieranym z sierści do gołej skóry i wyjącym z bólu tak rozpaczliwie, że serce się zatrzymuje, a łzy mimowolnie napływają do oczu.
Tak nie można!!!


Czemu nie widziałam tego wcześniej???
Czemu przyczyniałam się do tych procederów serwując schabowe na obiad, kupując puchową pościel, wełniane skarpetki, skórzane buty...
Czy ja faktycznie nie wiedziałam czy może udawałam bo tak wygodniej?


Nie ważne, teraz już nie mam klapek na oczach i po prostu, najzwyczajniej w świecie nie wyobrażam sobie abym mogła brać w tym nadal udział.

To tyle...



czwartek, 23 lutego 2017

Tydzień w zdjęciach

I znowu mnie nie było a być miałam!
Znowu gdzieś tam lenia blogowego złapałam i jestem o to zła na siebie strasznie ale z drugiej strony tak sobie myślę, że nie jest to też jakiś wielki problem dla mnie:)
Tak to już jest, że raz coś nam się chce a raz nie, nie ma co dramatyzować:)
Mam teraz przynajmniej kilka rzeczy do pokazania, zwierza jednego szczególnego też zobaczycie obowiązkowo, trochę dobrego jedzonka i norweskich klimatów.
Tydzień, a w zasadzie prawie 10 dni w zdjęciach.
No to goł:)



środa, 15 lutego 2017

Filmik

Dzień dobry cześć i czołem:)
Pozdrawiamy z zakatarzonego Oslo:) 
A mama ostrzegała: "po alkoholu dziecko spada odporność i możesz nie tylko odchorowywać kacem ale i nabawić się przeziębienia".
Jako, że kaca wielkiego nie było to chorobą nadrabiam.
Ale nie jest tak źle!
Mówię, chodzę, oddycham, apetyt mam taki jak zawsze więc przeżyjemy.
Dziś miał być słitaśny post o walentynkach, miłości i i tych wszystkich wspaniałych uczuciach których doznaję od samego patrzenia na zdjęcia bliskich mi osób.
Ale stwierdziłam, że nie potrzebuję walentynek jako pretekstu do takiej publikacji i mogę notkę dodać kiedy zechcę a dziś...
A dziś będzie Chrupek, będę ja i chwila z naszego życia tutaj w Oslo.
Dokładnie kwadrans:)
Filmik nie był planowany, reżyserowany ani poprawiany dlatego jest jak jest,
a ja chora dodatkowo zawieszam się, pociągam nosem i szeleszczę reklamówkami tak, że czasem nic innego nie słychać:)
Ale jest też Chrupek!
Dokładnie przez kilka pierwszych i ostatnich minut więc jeśli kogoś nie bardzo obchodzą moje przejrzałe banany i inne zakupy niech od razu przesunie na ok 13stą minutę:) 
Ale po Chrupusiowym wstępie rzecz jasna!



Pozdrawiamy!
Klem, klem:)