poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Rok z Chrupem!

Z jednej strony nie dociera do mnie, że to już rok,
z drugiej wydaje mi się, że jest w moim życiu od wielu wielu lat.
Siódmego sierpnia przybył do Potarganej Chałupki w kieszeni spodni mojego brata.
Dokładnie rok temu ten mały promyczek pojawił się i zmienił tak wiele.
Czasem gdy zaczynam się zastanawiać jak wiele szczęścia wniósł w moje życie,
zaczynam się bać, że jest coś ze mną nie tak.
Bo to przecież "tylko królik", jak mówią mi niektórzy.
A dla mnie to moja mała kochana kuleczka, 
mój pocieszacz, rozweselacz, najlepszy antydepresant.

Nie zliczę ile przez ten rok przegryzionych kabli było, 
ile zasikanych pościeli i bobków na kanapie.
Nie zliczę też ile razy przez ten rok uśmiechnęłam się dzięki niemu,
ile razy zostałam polizana i ile razy ciepłe puchate ciałko wtuliło się w moje ręce.

Nie przypuszczałam, że taki mały smrodek tak wiele w moim życiu zmieni.
To dzięki niemu zaczęłam inaczej patrzeć na mięso i zostałam wegetarianką.
Dzięki niemu uwrażliwiłam się bardzo na los zwierząt, natury i moje relacje z otoczeniem.
To jego biorę na ręce gdy jest mi źle a on mnie po tych rękach liże zamykając oczka.

Chrupek, zwany Chrupencjuszkiem i Kemensem (klem, klem:)), zwany też czasem dupkiem, smrodkiem i gałgankiem:)
Jak ja się cieszę, żeś ty się Chrupu w moim życiu pojawił!:):)
Bardzo, bardzo!



piątek, 4 sierpnia 2017

Dolina Chochołowska, Zakopane i moja miłość do GÓR:)

Urodziłam się z widokiem na Góry Świętokrzyskie.
Niskie bo niskie ale bardzo urokliwe.
I tak przywykłam do tych pagórków moich kochanych, 
że wszystkie wycieczki i nowe miejsca oceniałam pod kątem "czy było płasko czy nie".
"Za młodu" nie podróżowałam jednak wiele.
Pierwsza moja wycieczka w polskie góry to były Pieniny, Niedzica i taras widokowy na Tatry.
I jak ja wlazłam na ten taras i pierwszy raz na żywo zobaczyłam ośnieżone szczyty, 
stałam zamurowana.
Inne dzieci rozbiegły się szybko po straganach a ja stałam i gapiłam się dalej.
Bo miałam fioła na punkcie gór.

Potem była wycieczka do Zakopanego.
Nie pojechałam bo wiedziałam, że mama nie ma kasy a ja nie chciałam jej obciążać dodatkowym wydatkiem.
Powiedziałam, że klasa idzie do kina ale na głupi film i ja wolę zostać w domu.
Ależ to przeżywałam! 
Jak mi było szkoda!
Dlatego gdy 4 lata temu Adam pierwszy raz zabrał mnie do Zakopanego zakochałam się na maxa.

Mieliśmy w tym roku jechać na Chorwację.
Stwierdziliśmy jednak, że nie chce nam się gonić 1200 km.
A do Zakopca jest przecież tylko 200:)
To już prawie nasza coroczna tradycja i jestem pewna, że nigdy mi się nie znudzi:)

poniedziałek, 10 lipca 2017

URODZINY na wsi

Każdy kubek i talerzyk inny,
widelce z 10 różnych kompletów,
mokre ręczniki na barierkach,
porozrzucane klocki,
resztki wodnych balonów w trawie,
wąż ogrodowy w ciągłym użyciu.

Bez modnych mebli ogrodowych, 
bez tysiąca balonów i ozdób, 
bez drogiego tortu,
czasem bez ładu i składu,
ale i bez ograniczeń.

Za to z piękną pogodą, z rodziną,
w basenie, na trampolinie, w namiocie,
krzyki, piski i mnóstwo śmiechu,
i to wcale nie od charakterystycznych zielonych listków 
uzbieranych przez naszą młodzież 
na naszej hardcorowej wioseczce:)

Uczciliśmy siódme urodziny Florka i osiemdziesiąte Potarganej Chałupki:)
I Chrupek kończył roczek ale on się z klatki przez ten upał ruszyć nie chciał.
Więc świętowaliśmy bez niego:)
A jak?
Jak to na wsi:)
Totalnie na luzie:)


środa, 5 lipca 2017

Smaki LATA i moja ZMIANA podejścia do ODŻYWIANIA

Nie jestem dobrą kucharką.
Nie wiem jak doprawić potrawy i co z czym połączyć aby było smacznie.
W domu gotowało się bardzo prosto, z małą ilością przypraw.
Mama nie używała pieprzu bo wyczytała, że szkodzi na oczy a ja miałam wadę wzroku xD
(Teraz pieprz uwielbiam i dodaję bardzo dużo:))
Soliła też niewiele.
Wiele razy powtarzała, że nie przepada za gotowaniem choć dla mnie była najlepszą kucharką na świecie.
A ja lubię gotować choć nie umiem xD
Ale próbuję!
I mogę szczerze powiedzieć, że latem ta sztuka wychodzi mi najlepiej!
A to dzięki temu, że mamy pod dostatkiem naszych ukochanych produktów.
A co latem najczęściej gości na naszym stole?
Same roślinki!
Przyznam, że odkąd zostałam wegetarianką, a w planach mam całkowitą rezygnację z produktów odzwierzęcych,
gotuję i zachwycam się tym co widzę.
Patrzę na blat gdzie wyłożone są warzywa i myślę jakie one są piękne.
To jedzonko odżywia mnie, sprawia, że czuję się bardzo dobrze i pomaga pokonać zaburzenia odżywiania.
A przy okazji wspaniale smakuje!
I nie potrafię oprzeć się pokusie chwycenia za aparat:)
Moje smaki lata w obiektywie:)


wtorek, 4 lipca 2017

R jak REMONT czyli METAMORFOZA KUCHNI

Kupiliśmy ten domek 2 lata temu.
Domek o którym sam właściciel mówił już w czasie przeszłym bo był pewien, że go wyburzymy i postawimy coś nowego. 
A nam na domu zależało a nie na działce.
I to właśnie takim jak ten, starym, drewnianym, z duszą.
Ale droga do tego jak wygląda teraz była długa i pracowita. 
Poszczególne etapy metamorfozy możecie zobaczyć TUTAJ  w starszych wpisach.
A dziś ostatni projekt...PODŁOGA!
To było coś co chcieliśmy zmienić od początku.
W pokoju była całkiem ok, w łazience też, ale kuchnia....
Niby stara drewniana to i krzywa być powinna i jakiś tam efekt naturalności  dawała ale niestety dawała też popalić, zwłaszcza zimą.
Wiało po nogach niemiłosiernie, nic nie pomogło zatkanie wywietrzników na zewnątrz.
W tę zimę Adam musiał każdą szczelinę między deskami zapiankować bo nie mogliśmy ogrzać kuchni.
W efekcie było trochę cieplej ale żółte paski i odpadające fragmenty pianki nie prezentowały się już ani trochę atrakcyjnie.
Ale co zrobić tak aby było ładnie ale i nie dało po kieszeni?
Kupić panel? Najtańszy będzie się wyginał, najdroższy będzie...drogi xD
Dać płyty osb? Duuuży koszt.
A może parkiet kupić po 100 zł za m kwadrat?
Nieee:)
Nawet o gumolicie myśleliśmy ale na szczęście tylko przez sekundę:)
Co zatem wymyśliliśmy?
Parkiet z odzysku!


niedziela, 2 lipca 2017

W domu!

Jak dobrze tu być!
Jak wspaniale mieć swoje miejsce na ziemi!
Mieć dokąd wracać i wiedzieć, że jest się u siebie.
Sprzątać i remontować swój domek, kosić swoje podwórko, uprawiać swój ogródek.
Być na swoim, nie pomieszkiwać u kogoś, nie siedzieć rodzicom na głowie, nie wynajmować.
Nawet jeśli twój dom to dla niektórych stara buda bez wygód i z wiórami sypiącymi się z sufitu xD
Dla nas na szczęście nasza "buda" jest idealna:)
Jedyna w swoim rodzaju.
To tak niesamowicie ciepłe i przytulne miejsce.
Tak przytulne, że rzadko jesteśmy tutaj sami, bez gości, którzy tak jak my uwielbiają tu być.
Szczególnie wszystkie dzieci w rodzinie:)
Trampolina, basen, hamak, rowery, hulajnogi i dobre WiFi- dzieciaki mają raj na ziemi:)
I my też:)


sobota, 24 czerwca 2017

Jedziemy do Polski!

Ostatnia noc w starym mieszkaniu w Oslo.
Oficjalnie już przeprowadziliśmy się w nowe miejsce.
Zmiany zmiany, zmiany!
Zmiany są dobre!
Cieszę się bardzo i powiem nawet, że nie będzie już tak żal opuszczać Polskę w sierpniu.
Ale aby ją opuścić najpierw musimy do niej przybyć!
A to już w poniedziałek!!!:)
Jutro wyjazd a dziś cały dzień przewożenia mebli, rzeczy i sprzątania i to z gorączką i ogólnym osłabieniem.
Ale dałam radę!
Teraz tylko pozostaje się cieszyć i...kurować:)
Dlatego Adam właśnie pije zasłużonego i ostatniego browarka ze "starymi" sąsiadami a ja leżę już w łóżku wykąpana, opatulona i napojona Fervexem:)
To będzie fantastyczny czas.
Jeszcze lepszy niż rok temu bo i ja się zmieniłam.
Już nie jestem tak nerwowa, już się tak nie przejmuję wszystkim, mam w sobie więcej wrażliwości i empatii do ludzi a przede wszystkim do zwierząt i czuję się z tym bardzo dobrze!
To będą moje pierwsze wakacje bez mięsa! 
Ciekawa jestem jak rodzinka i znajomi zareagują na dużo dużo więcej warzyw przy naszych grillach:)
To będą też pierwsze wakacje ze świadomym dążeniem do wyzdrowienia.
Jestem bardzo ciekawa jak to będzie z bulimią.
Wiem jedno, strasznie ale to strasznie chcę się Wam tutaj chwalić a już nigdy więcej dołować!
Kilka "czystych" dni, w zasadzie cztery, (aż cztery:):)!), pozwoliło mi zmienić myślenie o 180 stopni.
Już nie czuję się źle ze sobą, już nie uważam siebie za grubą czy nieatrakcyjną.
To bardzo bardzo ważne!
Bo nie jadę do Polski z poczuciem, że zawaliłam a z radością że wypnę dupkę na plaży!
Chcę aby to myślenie utrzymywało się u mnie już zawsze dlatego muszę, muszę wyzdrowieć!
Bo życie bez bulimii jest fantastyczne!
A tymczasem pozwolę sobie wprowadzić siebie i Was w iście wakacyjny nastrój.
Kadry z zeszłego roku.
Możecie być pewni, że i w tym zasypię Was zdjęciami:)


środa, 21 czerwca 2017

Jak pokochać siebie

Wiecie, że po ostatnim wpisie miałam zamiar meldować się tutaj codziennie?
Więc jak to się stało, że znowu prawie 2 tyg bez wieści ode mnie minęły?
Ano dlatego, że zaraz zaczął się "ciąg" trzech zawalonych dni.
Do tego mnóstwo pracy. 
Serio, tak ciężkiego tygodnia nie miałam już dawno.
A jak już się trochę unormowało i miałam więcej czasu, to znowu 2 dni napadów.
To mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że nie chcę tak żyć, że chcę się tego kur**stwa pozbyć raz na zawsze.
Bulimia zabiera tyle czasu, sił i szacunku do siebie.
Właśnie tego ostatniego mi najbardziej obecnie brakuje.
Ciągle porównuję się z innymi, wyrzucam sobie, że znowu mi się nie udało, że nadal jeste chora i nadal czuję się ze sobą źle.
Znowu wakacje i kompleksy, znowu nie założę ciuchów, które trzymam z chudszych czasów lub które były kupione w mniejszym rozmiarze i nigdy nie noszone.
Znowu obiecywałam sobie, odliczałam tygodnie, myślałam, że potrzebuję tylko 2-3 "czystych" tygodni aby poczuć się ze sobą lepiej, trochę schudnąć i wprowadzić nowe nawyki.
No i uzbierałoby się tyle ale poprzecinane napadami.
A wszystko przez tą presję jaką sama sobie narzuciłam.

To nie jest tak, że się nie staram, że nie próbuję z tego wyjść.
Jeszcze nigdy nie poświęcałam tyle czasu na pracę nad sobą, na próbę zrozumienia siebie, tych wszystkich impulsów, które popychają mnie do objadania się i wymiotowania.
Nigdy jeszcze tak na prawdę nie myślałam, że mogę wyzdrowieć, że bulimia nie musi iść ze mną w parze całe życie.
A teraz wiem, że wyzdrowieję.
Ale muszę przestać się odchudzać, pokochać swoje ciało, wyrobić nowe zdrowe nawyki i zacząć szanować siebie.
Trochę dużo jak na całe lata spuszczone w toalecie.
Ale wiem, że się uda.
A wszystko będę relacjonować tutaj.
I póki choruję na bulimię, to będzie blog o wychodzeniu z niej, przede wszystkim.
A wiecie co mnie najbardziej motywuje? 
Że swoją (pozytywną) postawą mogę pomóc innym osobom zmagającym się z zaburzeniami odżywiania.
Mogę kogoś zainspirować tak jak Ania Gruszczyńska (link) zainspirowała mnie i pokazuje, że można wyzdrowieć!
Chcę być takim dobrym mobilizującym przykładem, ale przede wszystkim chcę odzyskać siebie!


sobota, 10 czerwca 2017

Być sobą

W głowie mam tysiąc myśli.
A kiedy tak jest to przeważnie nie wiem co napisać.
No i nie wiem, choć tak na prawdę wiem jakie zdanie doskonale odda moje samopoczucie.
Dałam ciała, zawaliłam jestem totalnie beznadziejna.
I tutaj powinno pojawić się mnóstwo łzawych, przepełnionych nienawiścią do samej siebie zdań o stopniu mojej głupoty, 
nieporadności i totalnym lenistwie któremu poddaję się zdecydowanie za często.
A może by tak uśmiechnąć się do samej siebie, powiedzieć "wyluzuj będzie dobrze" i przestać pisać/mówić/myśleć o porażkach?
Przecież nie jest wcale tak źle, przecież dzieje się w mojej głowie i życiu wiele dobrego i jestem pewna, że będzie jeszcze lepiej!


poniedziałek, 22 maja 2017

O odzyskanej radości z BIEGANIA

Przeglądałam ostatnio zdjęcia z instagrama, które sobie w grudniu wywołałam. 
Tak, wywołuję niektóre zdjęcia:)
A czemu? 
Bo są na nich przyjemne chwile, takie które dobrze mi się kojarzą, napełniają optymizmem i mobilizują:) 
Ponad połowa spośród 80 fotografii przedstawiała piękne widoki, mnie i pokonany dystans.
Bieganie w zeszłym roku sprawiało mi niesamowitą przyjemność!
Dawało mi ogromnego powera i sprawiało, że moja samoocena rosła z każdym przebiegniętym kilometrem.
Bo docierało do mnie, że mogę tak wiele.
Że mogę ruszać nogami, przenosić się z miejsca na miejsce, wytrzymywać zmęczenie, mieć siłę, czuć pęd powietrza na twarzy 
i ogromne ilości powietrza wtłaczane coraz łatwiej do płuc.
Jak wiele osób nie może robić i czuć tego co ja!
Bo ciało im nie pozwala, choroby, a czasem zwykłe lenistwo i brak kondycji.
A ja biegłam i nie miałam dosyć, mimo że pierwsze 3-4 km zawsze były ciężkie.
Ale nagle to się skończyło.
Nagle przestałam odczuwać radość i satysfakcję z biegania.
I to na kilka długich miesięcy!
Dlaczego?


poniedziałek, 15 maja 2017

DOM

2 tygodnie w Polsce.
To był pierwszy zjazd, z którego się nie cieszę, którego nawet żałuję.
Bo trochę kłótni, bo przykre słowa, bo przejmowanie się gadaniem i tym co robią inni.
Kolejne dwa tygodnie po powrocie do Oslo dochodziłam do siebie...serio.
Dlatego nie pisałam.
Ale teraz, gdy już ochłonęłam, przestałam żałować.
Bo dzięki tym 14 dniom w Polsce, które nie były takie jakie miały być, jestem bogatsza o nowe doświadczenia ale przede wszystkim wnioski.
Już nie dam się sprowokować, już nie dam sobie wmówić, że jestem beznadziejna, już nie pozwolę aby słowa innych ludzi tak mnie zdołowały.

Nie będę pisać dokładnie o co chodziło bo to już nieważne.
Zrzuciłam tą garstkę zdjęć, jaką udało mi się zrobić, przejrzałam i uśmiech wrócił.
Bo jest nasz piękny drewniany domek, pełen ciepła i to nie tylko tego z kominka.
Mimo średniej aury, mimo zimna, deszczu i bałaganu, mimo naszej złości na tą wredną pogodę...
Potargano Chałupka zawsze jest wspaniała:)

sobota, 15 kwietnia 2017

Dzień 20, PODSUMOWANIE wyzwania!

Kochani!
Dobrnęliśmy do końca!
3 tygodnie za mną.
3 tygodnie, podczas których starałam się wyeliminować napady obżarstwa i wymiotowanie.
Co prawda to jutro jest oficjalnie ostatni 21 dzień, ale jakoś nie wydaje mi się abym znalazła czas na podsumowania przed wylotem, a tym bardziej będąc już w Potarganej Chałupce:)
Dlatego ostatnia notka dotycząca mojego wyzwania pojawia się właśnie dziś:)
Jak mi poszło?
Czy coś się zmieniło?
Ile dni wytrwałam? 
No i przede wszystkim- CO DALEJ??

To wszystko w filmikach:)
Są długie ale uwierzcie mi, to i tak jest sporo krótsza wersja:)

Dziękuję Wam bardzo za wsparcie, motywację, za WIARĘ we mnie!!!
Cieszę się bardzo, że zaczęłam tutaj pisać o mojej chorobie.
Nawet nie wiecie jak ogromny to był dla mnie postęp i jak wiele mi to dało!
To tylko 3 tygodnie a tyle się zmieniło!

Będę jeszcze wspominać jak mi idzie- na pewno! 
Ale nie chcę pisać o tym już każdego dnia.
Wyzwanie się skończyło, teraz będzie to codzienność:)



A już jutro Potargano Chałupka!!!
Chrupuś już tam jest i czuje się bardzo dobrze:)

Ahh nie ma słów, które wyrażą to jak bardzo się cieszę!
Obiecuję, że notka ze zdjęciami pojawi się jak najszybciej!

Pozdrawiam!
Klem, klem:)

czwartek, 13 kwietnia 2017

Dzień 17 i 18, URODZINY i pożegnanie z CHRUPCIEM


Jak ten czas szybko leci.
Wczoraj znowu miałam tysiąc spraw i jak spokojnie usiadłam było już po 22.
A że doskwiera mi niedobór snu to już nawet nie próbowałam pisać notki tylko uciekłam do wyrka.
I tak usnęłam grubo po 23 bo im bliżej wyjazdu tym więcej myśli się w głowie kłębi.
Ale tych pozytywnych!
No nie mogę uwierzyć, że jeszcze tylko piątek i sobota i fruuu do Balic:)
A tymczasem w Oslo wszystko pozamykane, autobusy jeżdżą jak w niedzielę, wielkie święto u nie-katolickiego narodu xD
Wszyscy pędzą w góry na resztki śniegu i narty, 
pozostali do swoich domków letniskowych i tylko te wyrzutki pracujące w święta pozostały, 
w tym ja hehe:)
Ale to dobrze, szybciej zleci:)

Ale do sedna.
Chrupuś pojechał:(
Zostałam na te 2 ostatnie dni i 3 wieczory sama.
I tak mi dziwnie i przykro:(
Mój brat jedzie jutro autem do Polski i tylko w taki sposób Chrupek może być z nami te 2 tygodnie w Potarganej Chałupce.
Martwię się tylko jak zniesie podróż.
Bo wiecie, ja to go zabawiałam, przytulałam po drodze, żeby się jak najmniej stresował,
a w kajucie na promie wypuszczałam go aby sobie pobrykał.
A mój brat to raczej sobie takimi rzeczami głowy zawracać nie będzie.
Ale w sobotę rano Chrup będzie już z Adamem i chłopcami:)
A ja dotrę dzień później:)


wtorek, 11 kwietnia 2017

Dzień SZESNASTY, wegański BIGOS i filmik o TERAPII zaburzeń odżywiania

Im mniej myślę o jedzeniu tym bardziej chce mi się pichcić:)
To ciekawe bo jak nastawiałam się na "wielki start" czyli OD PONIEDZIAŁKU, to za każdym razem brakowało mi czasu na planowanie posiłków.
Przez to podjadałam, a obiad często składał się z mnóstwa różnych produktów schrupanych na stojąco i bez udziału mózgu xD
A teraz? 
Teraz nie zastanawiam się pół dnia co ugotuję na obiad, co zrobię sobie jutro na śniadanie, co zabiorę do pracy...
Nie myślę o tym a i tak coś smakowego do głowy przychodzi:)
Ale ten bigos wypatrzyłam wczoraj ponownie na blogu Iny TRUE TASTE HUNTERS (link)
Rany jakie to dobre!!!


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Dzień PIĘTNASTY, odliczanie i pyszne kotlety

Jak ja się dziś czułam.
Z jednej strony fizycznie totalnie do bani, opuchnięta, śpiąca, czyli skutki zawalonego weekendu.
Z drugiej strony psychicznie- REWELACJA!
Serio!
Nie wiem jak to możliwe ale w ten ciężki kompulsywny weekend, między jednym napadem obżarstwa a drugi, doznałam olśnienia.
Brzmi głupio, może śmiesznie.
Nieważne:)
Kiedyś o tym napiszę ale jeszcze nie teraz:)
I stwierdzam, że dzień jest zdecydowanie za krótki!
Mimo, że już tak cudnie!
Ściemnia się dopiero po 20-stej i do tego fajnie bo szybko leci i wyjazd coraz bliżej.
Ale nie mam tyle czasu na pisanie tutaj a uwierzcie mi, pomysłów w głowie dużo, tematów, planów...
Mimo to nie narzekamy, cieszymy się wiosną, słońcem i kolorowym jedzeniem:)
A dziś jakie pyszne kotlety popełniłam!
I jakie proste!
Wegańskie oczywiście:)



niedziela, 9 kwietnia 2017

Dzień 12, 13, 14

To powinna być strasznie dołująca notka, pełna wyrzutów, obwiniania się, przepraszania, żalu,
okraszona hejtowaniem samej siebie, użalaniem się i poczuciem totalnej beznadziejności.
Już mi się szczerze mówiąc mieszają te dni, nie pamiętam, które były dobre, które średnie, a które totalnie do bani.
Wiem tylko, że im więcej złych myśli mam tym więcej spraw zawalam.
To takie błędne koło- wystarczy raz nawalić a idzie cała lawina bo gdzieś tam w głębi mam poczucie, 
że zawiodłam i zaczynam to odreagowywać w najlepiej znany sobie sposób.
W piątek było źle, a wczoraj, w sobotę spadłam na samo dno.
Czy Was to tak sam irytuje jak mnie?
Czy myślicie sobie- no kurde już tak dobrze jej szło a tu znowu lipa i od nowa...
Bo ja tak myślałam, do wczoraj.
Teraz już się nie zamartwiam.
Nie jestem wcale beznadziejna, nie jestem po*raną bulimiczką, użalającą się nad sobą.
Nie chcę wyzdrowieć.
Ja po prostu to zrobię!
Będę zdrowa, wiem to!





Klem, klem:)

czwartek, 6 kwietnia 2017

Dzień JEDENASTY

Miałam dziś odpuścić pisanie ale nie dlatego, że coś poszło nie tak.
Po prostu jestem zmęczona i chcę się wcześniej płożyć.
Ale wiedziałam, że kilka osób mogłoby się zmartwić i myśleć, że znowu wróciły kompulsy.
A tymczasem 11 dzień walki za mną.
Przeważnie poddawałam się po max 3-4 dniach.
To już dla mnie o czymś świadczy.

Marzę już o niedzieli, o wyspaniu się, odpoczynku i o... bieganiu:)
Może już jutro znajdę czas i siłę:)
I na bieganie i na nadrabianie blogowych zaległości, które znowu mi się nagromadziły:(

A tymczasem zasypiam myśląc o zbliżającym się wielkimi krokami wylocie do Polski:)
Potargana Chałupka,  Adam, chłopcy, wiosna, lampka wina na tarasie i będę w raju:)
Za 10 dni dokładnie:)
Chcę żeby ten czas był udany, aby nic mi nie zakłócało tego szczęścia które mnie czeka jak tylko wysiądę z samolotu:)
Ale na dziś koniec tych moich przemyśleń.
Czas się dla odmiany wyspać!
Jutro wrócę z nowymi siłami i być może trochę ciekawszą notką:)
No i z Chrupkiem, który dzielnie mi towarzyszy i umila każdy dzień:)



Pozdrawiamy!
Klem, klem:)

środa, 5 kwietnia 2017

Dzień DZIESIĄTY, o dziewiątym zapomnijmy....

Tak, poległam i celowo wczoraj nie pisałam.
A chciałam, ale to byłby bardzo brzydki post pełen nienawiści do samej siebie.
A tego wolałam uniknąć.
Dziś za to cały dzień zastanawiałam się co poszło nie tak.
I jak to naprawić, tak aby następnym razem było lepiej.
No i trochę się sama w myślach wyzywałam, nawet trochę bardzo.
Ale po otrzymaniu tylu wiadomości na moim instagramie (link) przestałam myśleć o wczorajszym dniu a o tym, że jutro już poczuję się lepiej.
Najważniejsze jest to, że wiem co poszło nie tak.
A najgorsze, że wystarczyła chwila, jedna myśl, jedno zawahanie się i wszystko się posypało.
I teraz muszę pracować nad tym aby tę chwilę przeciągnąć, aby zmieścił się tam czas na szybkie przypomnienie sobie dlaczego nie mogę tego zrobić.
Dlaczego nie mogę się poddać.
To może być prysznic, napicie się wody, wyniesienie śmieci, zjedzenie marchewki.
Albo myśl, że ten mały uszaty znowu zobaczy mnie w takim stanie jakiego wstydzę się przed każdym, przed sobą i przed nim również.
A czemu muszę walczyć?
Bo gdy nie mam napadów, gdy nie wymiotuję i nie myślę obsesyjnie o jedzeniu,
wtedy jestem po prostu szczęśliwa.

Wytrzymałam 8 dni.
Dla mnie to i tak bardzo długo.
Ale teraz będę się starać podwójnie!


Klem, klem:)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Dzień ÓSMY, o tym czego NIE MOGĘ JEŚĆ

Na przestrzeni 13 lat moja choroba...hmm...ewoluowała?
Kiedyś robiłam specjalnie zakupy do napadów.
Jechałam do Biedronki i kupowałam najtańsze słodycze- czekoladę w słoiku, chipsy, płatki do mleka, chleb tostowy...
Potem zamykałam się w pokoju i jadłam, przez przynajmniej godzinę ciągle coś żułam, czasem czując smak, czasem nawet o nim nie myśląc.
A potem przychodził ten nieprzyjemny etap- wyrzuty sumienia, nienawiść do siebie i wymiotowanie.
I tak kilka razy pod rząd przez 5-6 godzin.
Po tym czasie byłam wykończona i fizycznie i psychicznie i obiecywałam sobie, że to ostatni raz.
Moim koleżankom powiedziałam dopiero w ostatniej klasie technikum.
Przez 4 lata udawałam przed nimi, że wszystko jest ok i nie miały zielonego pojęcia, że coś mi dolega.
Nawet na studniówkę nie poszłam bo czułam się gruba, brzydka, 
nie miałam chłopaka i nie śmiałam nawet prosić kogokolwiek o ewentualne towarzyszenie mi na balu.

Potem te wycieczki do sklepu były rzadsze, wystarczało mi to co ewentualnie znalazłam w domu.
Biały chleb z margaryną, makaron smażony z jajkiem, mleko z czym popadnie.

Dziś do mojego koszyka w sklepach trafiają same zdrowe rzeczy a teraz również wegańskie.
Słodyczy sama z siebie nie kupuję, chyba że dla kogoś.
A moje napady przyjęły tak na prawdę całkiem zdrową postać.
Okazało się, że gdy nie mam w domu czekolady, białego chleba i tłustego mleka i tak potrafię się objeść.
Teraz moimi "wrogami" potrafią stać się orzechy wszelkiego rodzaju, pestki słonecznika czy dyni,
daktyle, figi suszone, rodzynki...nawet ugotowana kasza jaglana!

Jeszcze w styczniu przywiozłam do Norwegii 2 kilogramy nerkowców, kilogram niesolonych orzeszków ziemnych, kilogram pestek dyni i słonecznika.
I zaczęło się chrupanie- garściami!
I teraz wiem, że już takich zapasów nigdy nie zrobię!
Jeśli będę potrzebować szklanki nerkowców to sobie je po prostu kupię w norweskim sklepie,
nawet jeśli te 200 gram będzie kosztować tyle co pół kilograma w Polsce.
Masła orzechowego też nie mogę kupić, bo się boję, że zjem wszystko, razem ze słoikiem nawet.
Bo ja się po prostu boję jedzenia!
Boję się, że wywoła ono wyrzuty sumienia i doprowadzi do napadu obżarstwa.

Ale doczekam takiego etapu w moim życiu, kiedy przestanę się bać.
Kiedy będę potrafiła zjeść jak człowiek garstkę orzechów i na tej garstce poprzestać.
Kiedy będę mogła mieć w szafce i masło orzechowe i zdrowy krem czekoladowy i nawet trochę tego mniej zdrowego jedzenia.
I nie będę się bała, że się na to rzucę.

I dziś był taki mały kroczek do tego.
Wyjęłam resztki moich zapasów, które niby są zdrowe a dla mnie niebezpieczne.
Otworzyłam pekany i zjadłam garstkę.
I tyle:)
Dało się? Dało!


niedziela, 2 kwietnia 2017

Dzień SIÓDMY, bieganie, domowe LODY i miska ze SZCZĘŚCIEM

To już tydzień!
TYDZIEŃ!
Wiecie, że ja nie pamiętam kiedy ostatnio wytrzymałam tydzień bez napadów obżarstwa i wymiotowania?
Do tej pory miałam już dwa dni, w których udało mi się pokonać chęć objedzenia się!
I jestem pewna, że gdyby nie to moje pisanie na blogu i Wasze komentarze, Wasze wsparcie, to te dwa dni byłyby spalone.
I pewnie weekend również, jak zawsze po wyjeździe Adama.
Dzięki Wam zrozumiałam, że nie powinnam się dołować, a cieszyć z większej ilości czasu tylko dla siebie.
Czasu, który powinnam wykorzystać jak najlepiej- i taki właśnie mam zamiar!
W ten oto sposób, zamiast pocieszać się przez weekend jedzeniem, zamiast zapychać doła kolejną porcją czegoś koniecznie niezdrowego, tłustego i pełnego tłuszczu, ja spędziłam te 2 dni aktywnie i zdrowo.
I teraz nie muszę użalać się jaka to beznadziejna jestem bo znowu zawaliłam.
Mogę napisać, że jestem z siebie niesamowicie dumna bo wytrwałam i dałam z siebie wszystko!
I to jest tak niesamowicie przyjemne, motywujące i dosłownie dodające skrzydeł!
Bo zaczynam wierzyć!
Choć jeszcze boję się tak o tym myśleć ale to prawda- zaczynam wierzyć, że mogę wyzdrowieć!


piątek, 31 marca 2017

Dzień PIĄTY- tak strasznie się boję!

Z dnia na dzień wyszło, że Adam nie jedzie do Polski za tydzień a...jutro.
Właśnie próbowałam odreagować smutek jedzeniem, ale po 2 jabłkach, 2 pomarańczkach, ciastku i trzeciej kanapce z pastą sezamową stwierdziłam, że tylko się zmuliłam i pogorszyłam sobie humor...
Dlatego więcej nie będzie.
Powiedzmy, że to taki mini napad był.
Choć takiego prawdziwego napadu kompletnie nie przypominał, bo wyglądał jak trochę większa kolacja jedzona całkiem spokojnie, bez tempa odrzutowca.
Za to boję się jutra i niedzieli.
Muszę sobie te 2 dni zaplanować, wymyślić jakieś przyjemności, które odciągną mnie od złych myśli.
Muszę pobiegać bo to pomaga zawsze.
Drugi dzień pada i to dołuje mnie jeszcze bardziej.
Muszę wytrwać, nie chcę zaczynać od początku!

Powiecie, że histeryzuję, ale ja boję się zostawać sama właśnie przez zaburzenia odżywiania.
Zawsze tak miałam, jak w szkole średniej wracałam do domu i wiedziałam, że mama ma 2 zmianę na przykład...to były najgorsze dni pod względem choroby.
Teraz nie dość, że mam doła bo zobaczę Adaśka mojego kochanego dopiero za 2 tygodnie, to jeszcze ta cholerna samotność.
Jak to dobrze, że mam Chrupka!
3majcie kciuki za jutro, aby złe myśli nie wygrały!
Już kilka razy zostawałam w Oslo sama na 2-3 tygodnie i w dzień wyjazdu Adama zawsze ale to zawsze się objadałam....
Jak będzie jutro?
:(:(




czwartek, 30 marca 2017

Dzień CZWARTY, moja WYGRANA i pyszne CIASTKA GRYCZANE

Wiedziałam, że codzienne meldowanie postępów na blogu mi pomoże.
Chyba tylko dlatego udało mi się dziś powstrzymać przed napadem.
Po powrocie do domu pojawiły się złe myśli.
Już sobie w głowie układałam co mogę zjeść aby zaspokoić ten wewnętrzny głód i jednocześnie łatwo zwymiotować, co mam akurat w domu i jak wymigać się od pisania dziś na blogu...
Dodam, że nie byłam głodna, dopiero co jadłam lunchboxa...
Siedziałam jak posąg a w mojej głowie toczyła się istna bitwa.
Zjadłam kromkę zwykłego jasnego chleba, jabłko, garstkę słonecznika...po czym napiłam się herbaty owocowej i...uciekłam pod prysznic robiąc sobie przy okazji małe spa na rozładowanie napięcia- maska na buzię, włosy i masaż rękawicami.
A potem pękałam z dumy:)

Z tej okazji upiekłam sobie ciastka i to był lekki błąd bo...zjadłam je wszystkie zamiast obiadu i kolacji!
Na szczęście zawierały w sobie tylko mąkę gryczaną, mleko owsiane, daktyle i kakao i przypominały bardziej słodki chlebek gryczany niż ciastka,
dlatego wcinałam je jak kanapki:)
Najważniejsze, że nie wywołały u mnie wyrzutów sumienia i chęci zwymiotowania.
Ale nad umiarem też będę pracować.


Już mi się kochani oczy kleją dlatego jeśli ktoś chciałby przepis na ciastki gryczane to odsyłam Was na bloga Agi (link)
Od siebie dodałam tylko więcej kakao i posypałam ciastka kruszonym ziarnem kakaowca.
I zapraszam też na mojego INSTAGRAMA, na którym melduję się też w ciągu dnia i mam zamiar mówić o tym jak mi idzie na bieżąco:)
Jesteście ze mną nadal??:):)
Nie macie mnie już dosyć?:)
Bo jutro też tutaj się pojawię!
A tymczasem dobranoc i po raz kolejny dziękuję!



Klem, klem:)

środa, 29 marca 2017

Dzień TRZECI, o kompleksach, kurzych łapkach i żółtym zębie:)

Przeglądałam dziś zdjęcia na telefonie.
Przyznaję, że te na instagrama obrabiam.
Schemat jest zawsze taki sam, podkręcam kontrast, obniżam jaskrawość.
I tyle.
Nie robię tego aby coś wyglądało lepiej, robię to aby coś wyglądało tak jak ja to widzę podczas robienia zdjęcia. 
Bo gdy biegam widzę świat jaśniejszym i bardziej kolorowym niż to co potem wychodzi na zdjęciu.
Bo gdy fotografuję moje kolorowe jedzonko patrzę na nie jak przez różowe okulary- ma piękne i soczyste barwy a na zdjęciu wydaje mi się za szare! 
Takie bez blasku.
Ja wiem, że mam wadę wzroku ale cóż poradzę, że ja odbieram świat dużo piękniejszym, cieplejszym, bardziej kolorowym...
Jedynie zdjęć z aparatu nie ruszam, co wyjdzie to wyjdzie, mistrzem w ustawieniach obiektywu nie jestem i czasem schrzanię ujęcie ale zawsze wybiorę jedno, które mi się podoba i którego nie trzeba obrabiać.
Czemu o tym piszę?
Bo czasem mam takie dni kiedy chciałabym zrobić ze zdjęciem coś więcej niż tylko wyostrzyć...czasem chciałabym na przykład zakryć to czego w sobie nie lubię.
I tak miałam dzisiaj przeglądając niektóre zdjęcia.
Ale stwierdziłam, że zamiast je retuszować lub usuwać..dodam je na bloga i pokażę Wam czego w sobie nie lubię!
I co mam zamiar z tym fantem zrobić.