niedziela, 20 grudnia 2015

God Jul og Godt Nytt År!!!

Nadejszła wiekopomna chwila! Jedziem:):):)
Już za 1400 km autem + 8 h promem = będę w domu:)
Przez najbliższe 3 tygodnie raczej mnie tu nie będzie (chyba, że jakimś cudem uda nam się na tym naszym końcu świata założyć internet:)). 

Boję się świąt ale jednocześnie cieszę, że jadę do Polski.
Boję się jutra, bo mój mózg już się nastawił, 21 grudnia wszystko się zaczęło i ja na prawdę nie rejestruję faktu, że to już 7 lat. Tego dnia przenoszę się w czasie do 2008 roku i przez najbliższe 3 tygodnie przeżywam dawny koszmar na nowo. 
Ale teraz będzie lepiej bo pierwszy raz mogę powiedzieć, że jestem na prawdę szczęśliwa. 
Nie wierzyłam, ze jeszcze kiedyś tak będzie, że życie się poukłada na nowo. 
U mnie będzie dużo płaczu i wspomnień, ale mam nadzieję, że i łzy radości się pojawią.

A Wam wszystkim i każdemu z osobna życzę najwspanialszych, na prawdę rodzinnych i spokojnych Świąt, a jeśli miałabym się tutaj nie pojawić w najbliższym czasie- to i szczęśliwego Nowego Roku!!!!

Do zobaczenia w 2016:)



Pozdrawiam,

Klem, klem:)

czwartek, 17 grudnia 2015

Choinka...

Kto wyobraża sobie święta bez niej? 
Jaka by nie była, sztuczna, żywa, gęsta jak na filmach albo taka z kilkoma zaledwie gałązkami- ale musi być. Albo nie musi.

Dziś miał być post o ręcznie robionych ozdobach ale...nie chce mi się. 
Nie wszystko jest takie kolorowe jak moje pajacyki z wydmuszek...
Bo idą święta...a ja ich nie cierpię i mam ochotę napisać dlaczego tak jest a nie udawać, że jestem heppi od ucha do ucha, bo Wigilia, bo prezenty i choinka.

Właśnie...choinka. Dużo o niej ostatnio myślałam. Dla mnie to symbol, ale nie świąteczny, symbol...powrotu do życia.

Przez 4 lata jej nie ubierałam, ozdoby powędrowały na strych. 
Zanim tak się stało była pewna Wigilia- niesamowita, pełna radości, nadziei i wyczekiwania.
Ubrałam wtedy najpiękniejszą choinkę jaką kiedykolwiek mieliśmy w domu- wysoka pod sam sufit, pełna cukierków, pierników, jabłek, starych bombek i ręcznie robionych ozdób. Zrobiłam zdjęcia aby pokazać ją jednej szczególnej osobie, która w Wigilię nie mogła być z nami. 
Ale miała dołączyć, już za chwilę miała wrócić do domu. 
Wszyscy na to czekaliśmy niecierpliwie i podekscytowani podczas Wigilii rozmawialiśmy tylko o tym. Już jutro z nią porozmawiamy! W Boże Narodzenie!

Ej co jest, już po świętach a ona nadal śpi, przecież mieli ją obudzić...

Codziennie noszę do szpitala aparat ze zdjęciami choinki i Wigilii.
Do 29 grudnia, potem rezygnuję, zaczyna do mnie docierać, że ona już tych zdjęć nie zobaczy. 
Ona już się nie wybudzi, a jeśli nawet zdarzyłby się taki cud, to będzie roślinką.
Te słowa lekarki słyszałam jeszcze wiele razy w swoich koszmarach, brutalne, zabierające ostatnie już resztki nadziei.

Już prawie luty, muszę rozebrać tę zasraną choinkę, nie mogę już na nią patrzeć! 

Ściągając każdą bombkę i rzucając byle jak do pudła myślę o tej wielkiej radości, jaka towarzyszyła mi przy jej ubieraniu. Minęło zaledwie 5 tygodni a ja jestem psychicznie wrakiem człowieka i marzę tylko, aby zasnąć i obudzić się za 5 lat, może wtedy będzie już chociaż trochę mniej bolało.

4 lata nie obchodziliśmy świąt. Smażyłam rybę, robiłam sałatkę, siadaliśmy przed telewizorem nie mówiąc ani słowa.

2 lata temu ojciec przyniósł z lasu jakiś potargany, krzywy wiecheć. Wcale nie byłam na to gotowa, ale i tak okazało się, że wszystkie ozdoby gdzieś przepadły. Miałam tylko norweskie ciastka korzenne, które zawiesiłam na tej pożal się Boże choince. 

Rok temu kupiłam kilka bombek i światełka- ale nie z własnej chęci ,tylko ze względu na Lubego.

Ale choinka chcąc nie chcąc zaczynała ewoluować...znowu pojawiła się w naszym domu, mimo, że nie wykurzyła najgorszych wspomnień i nie sprawiła że nagle chciało nam się chcieć, a nie tylko przespać święta...

Teraz siedzę wieczorami i sama robię ozdoby. Każda z nich to wspomnienie z tych cudownych lat, kiedy byliśmy w komplecie.

Miałam może z 7-8 lat kiedy siedziałam z mamą w kuchni i robiłyśmy pajacyki z wydmuszek. 
A te śnieżynki nauczyłam się robić w szkole. Strasznie jej się podobały.
I jeżyki- ja nie miałam do nich cierpliwości- za to mama relaksowała się przez te godziny nawijania bibułki na ołówek:)




W tym roku kupimy małą choinkę w doniczce, ubierzemy ją tylko w ręcznie robione ozdoby, a na wiosnę wsadzimy na podwórku, przy naszej potarganej chałupce. 


Pierwszy raz od 7 lat czuję delikatną radość na myśl o świętach, zapomniałam już jak to jest...Ale to radość pomieszana jak zawsze ze strachem, bo to czas kiedy wszyscy się cieszą, a ja rok w rok przeżywam naszą tragedię od nowa. 

Już nigdy nie będzie tak jak przed wypadkiem, a patrzenie na zdjęcie ukochanej osoby nie może zastąpić mi jej obecności.
Potrzebowałam 7 lat aby to zrozumieć i nauczyć się o tym mówić...7 lat...Kiedy? Jak? Gdzie?- dla mnie to zawsze będzie jak wczoraj. Ale jest lżej.
Teraz robię ozdoby, myślę o niej, popłakuję pisząc ten tekst i słuchając piosenek, które tak mi wszystko przypominają...Ale to takie dobre wspomnienia i płacz, który przynosi ulgę.
Tęsknię, nie da się opisać jak bardzo.


Nightwish "Sleeping Sun"


...






wtorek, 15 grudnia 2015

Fasolowe BROWNIE bez mąki i cukru:)

Powoli zaczynam wpadać w panikę...
Bo do świąt został ledwo tydzień, a ja nadal nie wiem co przygotuję- o wypieki się rozchodzi.
Niestety wiem, że u mnie nie każdy lubi zdrowe wersje placków. Jak sernik, to tylko z tłustego sera i z grubym spodem. Jak kremiaste to kremiaste, krem najlepiej z całej kostki masła. 
Mi tak smakują zdrowe wersje, ale z drugiej strony nie chcę wyjść na totalną łamagę kulinarną przed ewentualnymi gośćmi...
Dziś się podłamałam, bo zrobiłam mega pyszny placek, który smakował tylko mi. Co z tego, że słyszałam "dobry", jak widzę, że na kolana nie powala.
A ja zjadłabym cały naraz...

Dlatego stwierdziłam, że 2 placki upiekę zdrowe- i jak ktoś chce niech się częstuje, ale piekę je z myślą o sobie. 
A 2 placki zrobię standardowe, z cukrem i białą mąką itd....i niech se to goście jedzą i Luby też, jak mu moje wspaniałe BROWNIE nie smakowało!
Bo dla mnie było pyszne i upiekę je sobie na święta w Polsce, a co!

BROWNIE Z CZERWONEJ FASOLI I CIECIORKI.

Puszka fasoli i cieciorki,
3 jajka,
1 banan,
40 g czekolady 70%,
100 g rodzynek,
30 g migdałów,
3 łyżki kakao,
łyżka oleju kokosowego,
łyżeczka sody oczyszczonej,
łyżeczka cynamonu,
szczypta soli,
3 łyżki miodu


W oryginale jest z 2 puszek fasoli, ale ja miałam tylko jedną, dlatego jako drugą wrzuciłam cieciorkę.
Nie miałam również miodu dlatego dodałam tym razem słodzik. 
A rodzynki i migdały to gotowa mieszaka zwana "tomte gløgg", dosypywana do norweskiego świątecznego napoju. Nie raz pewnie jej użyję, bo jest teraz w promocji i zrobiłam sobie solidny zapas:) 


PRZYGOTOWANIE:
1. Nastaw piekarnik na 180 stopni.
2. Oddziel białka od żółtek, z białek ubij sztywną pianę.
3. Odsącz i opłucz fasolę i cieciorkę, dodaj banana, żółtka, miód/słodzik- zblenduj wszystko bardzo dokładnie.
4. Do masy dodaj pozostałe składniki- posiekaną czekoladę i migdały, rodzynki, cynamon, szczyptę soli, 3 łyżki kakao. łyżkę oleju kokosowego.
4. Na koniec dodaj pianę z białek i delikatnie wymieszaj. Przełóż masę do silikonowej foremki lub zwykłej kwadratowej o wym. 21 x 21 cm, wyłożonej papierem do pieczenia.
5. Piecz w 180 stopniach przez 45 minut.



Po wyjęciu z piekarnika wygląda mega nieciekawie ale jako fanka zdrowych wypieków mogę powiedzieć, że smakuje nieziemsko! Ciasto jest mega czekoladowe i wilgotne.
Zrobiłam jednak 2 błędy:
Spieszyłam się i za słabo zblendowałam masę dlatego po upieczeniu ciasto się kruszyło- masa musi być zmiksowana na puszysty krem.
Drugi błąd to użycie "kupnej" czekolady jako polewy- niby specjalna do wypieków i do robienia glazury, a menda nie chciała się rozpuścić. Musiałam ją dosłownie wsmarować w ciasto i nie wyglądało to zbyt pięknie. A powinnam zrobić swoją polewę ale jestem leń śmierdzący:) Następnym razem się poprawię:)


Szykując placek zerkałam rozmarzona za okno. Nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem zdjęcia. Nie spadł ani jeden płatek śniegu ale mamy kilka stopni mrozu i wszystko jest pięknie oszronione:) Zima w Norwegii potrafi być na prawdę magiczna, zwłaszcza w takie piękne dni jak dzisiejszy.


A już całkiem na koniec Karl Johas Gate po zmroku. Zrobiłam zdjęcia specjalnie dziś przed kursem, trochę lepiej te światełka wyglądają niż w ciągu dnia, ale nadal uważam, że stolica mogłaby się bardziej postarać:) Ależ ja jestem wymagająca xD



Zostało 5 dni do wyjazdu do Polski!!!!:):)

Pozdrawiam:)
Klem, klem:)

niedziela, 13 grudnia 2015

Jarmark świąteczny w Oslo

Zostało zaledwie 1,5 tygodnia do Wigilii, wszędzie pełno światełek, ozdób, mikołajów i choinek. 
Mimo to ja nadal nie czuję klimatu świąt, dlatego dziś pojechaliśmy go szukać na ulicach Oslo.

Śniegu brak ale za to jest mróz! Jak ja lubię takie lodowate powietrze, słońce i długie spacery! Chodziliśmy po mieście prawie 3 godziny aż mi kończyny przemarzły, ale warto było!

Celem był Julemarked na Karl Johans Gate, czyli jarmark świąteczny na głównym deptaku miasta.
Całość składa się z wielu drewnianych domków- stoisk (podobno budowanych przez naszych rodaków:)), w których można się zaopatrzyć w świąteczne kiełbaski, piernikowe ciastka czy wełniane sweterki. 
Do tego tryliard ludzi, którzy dosłownie pchają nas naprzód- nie łatwo było zrobić jakiekolwiek fotki, a tym bardziej zatrzymać się i pooglądać norweskie cuda, ale mimo to fajnie przejść się przez takie miejsce:)



Takie snopki owsa (chyba) można tu spotkać wszędzie- piękna ozdoba i jedzonko dla ptaków w jednym:) Chyba zastosuję to u siebie jak dostanę gdzieś snopek:)


Piszecie o świątecznych, nieraz trochę kiczowatych swetrach- a co powiecie na takie cudeńka:



A tutaj pan łoś. Pewnie bym go nawet nie zauważyła, gdyby nie fakt, że...mówił:) O czym możecie się przekonać oglądając filmik. Pan łoś życzy nam miłego dnia w "vinterland"


video



Same ulice nie są, jak dla mnie, jakoś zjawiskowo przystrojone. To jest główny deptak w stolicy kraju, a stwierdzam, że w moich Kielcach są fajniejsze światełka xD
No ok, nie będę aż tak surowa- Oslo i tak jest bardzo fajnym i ładnym miastem, a dzięki dzisiejszemu spacerowi zaczęłam się troszkę cieszyć na nadchodzące święta:)



Byliśmy dziś jeszcze w kilku innych miejscach, ale zostawię je na inną notkę bo i tak wiem, że przesadzam z ilością zdjęć:)
Ale na koniec...


Nie pytajcie mnie dlaczego w Oslo znajduje się taki pomnik, bo nie mam pojęcia xD Ale bardzo go lubię:)

A już tak całkiem na koniec:)
Owca i ja na tyłach sklepu Moods of Norway- Co prawda z nazwiska i znaku zodiaku jestem baranem, a nie owcą, ale chyba mogę wejść:)


A Was ogarnął już szał świątecznych przygotowań?
Jak wypada jarmark w Oslo na tle tych w Waszych miastach/ regionach?

Pozdrawiam, 
Klem, klem:)


sobota, 12 grudnia 2015

Budyń jaglano owsiany z czekoladą + przepiśnik:)

Ostatnio dostałam natchnienia na próbowanie nowych, zdrowych przepisów.
Ale pamięć moja słaba dosyć, a do tego wiele fajnych potraw gdzieś mi na blogach mignęło i niby dodałam do "zakładek" ale i tak o nich zapomniałam.

Dlatego odgrzebałam mój piękny różowy PRZEPIŚNIK, który leżał samotnie między klamotami w szufladzie.
Zaopatrzyłam się w niego w listopadzie robiąc zakupy w Biedronce:) Był dołączony do biedronkowej gazety z przepisami "Smaki życia". I tak oto za 10 zł stałam się właścicielką pierwszego w życiu zeszytu na przepisy:) (o gazecie nie wspominając- taka okazja!:))



Sam w sobie jest śliczny, bardzo fajnie i solidnie wydany, poręczny i aż zachęca do notowania w nim przepisów:)




Podzielony jest na 4 kategorie. Wadą jest czasem ilość miejsca na składniki czy sposób wykonania. Do prostych potraw jest ok, ale do bardziej skomplikowanych muszę bazgrolić malutkie literki i wyjeżdżać poza linie. 
Ale cóż, z moim charakterem pisma wiedziałam, że przepiśnik nie będzie zbyt schludnie się prezentował po zapełnieniu:)




Zapisuję potrawy, które mam ochotę wypróbować. Dziś nareszcie nadarzyła się okazja do przetestowania chociaż jednej, ponieważ naszła mnie ochota na zdrowy DESER:) (oryginalny przepis tutaj)





BUDYŃ JAGLANO OWSIANY Z CZEKOLADĄ:

Przepis na 2 porcje
10 łyżek ugotowanej kaszy jaglanej
6 łyżek suchych płatków owsianych
100 ml mleka kokosowego
200 ml wody
8 daktyli
60 g gorzkiej czekolady 70%
łyżeczka oleju kokosowego
2 madarynki
szczypta kurkumy i kardamonu (nie miałam więc pominęłam)




Czekoladę i olej kokosowy ropuszczamy w kąpieli wodnej. Do rondelka wlewamy wodę, mleko kokosowe, wsypujemy płatki owsiane, daktyle bez pestek, kaszę jaglaną i rozpuszczoną czekoladę z olejem, Wszystko delikatnie gotujemy mieszając. Na koniec wszystko dokładnie blendujemy.
W oryginale jest tylko 100 ml wody ale ja musiałam dolewać w trakcie gotowania bo masa była zbyt gęsta.


Budyniek bez mandarynki wygląda bardzo...nieciekawie:) Ale uwierzcie mi, smakuje genialnie! Pierwszy raz użyłam kaszy jaglanej do deseru i myślę, że muszę jej kupić na prawdę spory zapas, bo eksperymentów z jaglanką w roli głównej będzie więcej:)



A Wy macie takie zjawiskowe przepiśniki jak ja?:) Czy zapisujecie wszystkie potrawy w głowie?
Znacie jakieś fajne przepisy z kaszą jaglaną w roli głównej?

Pozdrawiam:)
Klem, klem:)

czwartek, 10 grudnia 2015

Świąteczne potrawy w Norwegii:)

Kiedy tylko dorwałam w moim ulubionym norweskim spożywczaku gazetkę ze świątecznymi przepisami, stwierdziłam, że muszę podzielić się z Wami tym co gości na talerzach Norwegów w czasie świąt.
Przeglądałam tą gazetkę jadąc metrem i jeśli ktoś mnie wtedy obserwował, to mógł się zdziwić. Siedziałam z wybałuszonymi oczami i na zmianę krzywiłam się i uśmiechałam do siebie:)
Sama broszurka jest wydawana średnio raz w miesiącu i zawiera przepiękne zdjęcia! Przy okazji przydaje się przy nauce języka i do poznania norweskich specjałów:)

Ok, więc zaczynajmy- Uprzedzam, to tylko dla osób o mocnych nerwach!:)

Okładka gazetki, a na niej pierwszy specjał: 

PINNEKJØTT
Czyli suszone, solone, baranie żebra...

Na surowo w sklepie wyglądają jak dla mnie ohydnie. Sama nigdy ich nie przygotowywałam, bo wszystko co związane z baraniną i jagnięciną mnie odrzuca. Norwedzy moczą to zacne mięsiwo przez kilkanaście godzin, zmieniając kilkakrotnie wodę. Następnie na dnie garnka układają umyte brzozowe gałązki (specjalnie sprzedawane w sklepach xD), zalewają je do połowy wodą i na to wrzucają pinnekjøtt. Po ok 3 godzinach można delektować się mięskiem podawanym z puree z brukwi...Może i bym się skusiła ale mój znak zodiaku i nazwisko zobowiązują mnie do unikania konsumpcji własnych kuzynów:) (beee)

Czas na mego "faworyta":

Lutefisk
"Mydlana ryba"

Nie będę zamieszczać tu przepisu, nie mam również zamiaru kiedykolwiek tego próbować...to moim zdaniem jedno z największych i najohydniejszych dziwactw kulinarnych Norwegów.
Lutefisk, to ryba, która kiedyś była dorszem...Najpierw dorsza się suszy i powstaje z niego tzw. sztokfisz. Ok, to jeszcze rozumiem...ale ktoś wpadł kiedyś na pomysł, aby tego sztokfisza wymoczyć w...ługu sodowym, czyli silnie żrącej substancji służącej między innymi do udrażniania odpływów i tępienia chwastów...Po wymoczeniu rybka z twardej jak kamień zamienia się w galaretowate coś...Najlepsze określenie na lutefisk, jakie kiedykolwiek słyszałam to: "ryba o wyglądzie i konsystencji zwłok, które zbyt długo leżały w wodzie"...
Kupiłam ją raz...była mrożona...nie dotarła nawet do piekarnika, bo gdy pierwsze lody puściły, pojawił się tak okropny smród, że czym prędzej ją wyrzuciłam (a i tak w całym domu nadal było czuć najgorszą padliną...)
Może na tym zakończę pisanie o lutefisk:)

Następny "must have" norweskich świąt to:

RIBBE
 Żeberka- po prostu!:)

O ile ciężko nam sobie wyobrazić dwie poprzednie potrawy, o tyle żeberka chyba każdy zna:) Wariacji na ich temat Norwedzy mają sporo, a tuż przed świętami żebra robią się tańsze niż w Polsce:) (nawet 10 zł za kg). 
Mimo, że potrawy z żeberek są, nam Polakom, dobrze znane to i tak ciężko mi sobie wyobrazić, że miałabym w Wigilię zaserwować rodzinie jedną z nich. Ale w każdy inny dzień w roku już tak:)

Następy przepis nie jest chyba typowo świąteczny- to tylko jedna z wariacji na temat dorsza, ale uśmiałam się trochę jak go zobaczyłam, więc zamieszczam:)

JULEBURGER
"Świąteczny burger" z pieczonym dorszem:)

Święta? Burger? Świąteczny burger?...pewnie jest pyszny, no ale żeby tak od razu w święta go serwować?:)


JULEPØLSE
...czyli świąteczna pseudo-kiełbaska...

Dodam, że norweska kiełbaska nie ma NIC wspólnego z polską. Dla mnie to tylko parówka, która być może zawiera więcej mięsa niż nasza wersja, ale dalej pozostaje parówką:)
A teraz wyobraź sobie parówkę zmieszaną z pomarańczą, pietruszką, czosnkiem i kapustą...mniam? xD


Na osłodę zostawiłam oczywiście NORWESKIE DESERY!
Jeśli spodziewasz się tutaj pysznych serników, makowców, strucli, czy chociażby zwykłej szarlotki...no to patrz!


VANILJEVAFFEL
 tak, tak, dobrze widzisz- GOFRY:)

Można z czystym sumieniem powiedzieć, że Norwedzy mają bzika na punkcie gofrów- 25 marca obchodzą nawet "dzień gofra" i uważają, że to typowo norweski smakołyk. 
Tak je uwielbiają, że nawet w święta je sobie serwują. Nie powiem, gofry lubię, ale porównując je do serniczka, albo makowca babci...no właśnie:)

PEPPERKAKER
Korzenne (piernikowe) ciastka.

Wchodząc teraz do norweskiego sklepu zobaczysz setki okrągłych pudełek z tymi ciasteczkami, gotowe masy do ich samodzielnej produkcji (pepperkakerdeig), oraz "pepperkakerhus", czyli domki z piernika do wypieku, złożenia i polukrowania.
Tu akurat pepperkaker z lodami:


A na koniec kolejny deser, którego po prostu nie mogę sobie wyobrazić na swoim stole w czasie świąt:

RISGRØT 
czyli...ryż na mleku...

tu w "świątecznej kombinacji" z żurawiną:



Uff.
Powiem tak- chyba nawet nie zgłodniałam wklejające te zdjęcia. Mimo, ze niektóre potrawy na pewno są smaczne, to nijak nie pasują mi do świąt. Ale każdy ma swoje tradycje i ja te norweskie szanuję- ale sernika na gofra, lub karpia na lutefisk, nigdy bym nie zamieniła:)

A Wy co myślicie o norweskich specjałach świątecznych?:)

Pozdrawiam:)
Kkem, klem:)

wtorek, 8 grudnia 2015

Olejowanie włosów

Pierwszy raz spotkałam się z tym pojęciem około 2 lata temu na ulubionym kosmetycznym blogu Alinki.
Trochę czasu upłynęło zanim wzięłam sobie jej rady do serca i zamówiłam pierwsze olejki. 
Mój wybór od razu padł na olej kokosowy i arganowy, potem zaczęłam testować macadamię i rycynowy
Jestem posiadaczką bardzo cienkich, puszących się i słabych włosów, które zawsze były moją zmorą i jednym z największych kompleksów!
Do tego wiosną i jesienią przeważnie wypadały mi garściami, a gdy miałam 21 lat zaczęłam siwieć...Od 3 lat farbuję je bo nie mam innego wyboru- a tym samym dodatkowo osłabiam.




Zawsze zazdrościłam dziewczynom bujnych czupryn...i długich włosów, których ja nie mogłam wyhodować u siebie. Prawda jest też taka, że nie dbałam szczególnie o włosy.
Odżywki używałam może raz w miesiącu, czasem łyknęłam skrzyp, a maski stosowałam dopiero jak zaczynało się sezonowe wypadanie...
Mniej więcej 2 lata temu wszystko się zmieniło- właśnie za sprawą bloga Alinki, który okazał się dla mnie skarbnicą wiedzy!
Od tamtej pory robię wszystko co mogę aby moje włosy trzymały się głowy i były w jak najlepszym stanie!.
Wiadomo, cudów nie ma, nie oczekuję, że nagle moje włosy "zgrubną", całkowicie przestaną się łamać i rozdwajać, ale już samo stosowanie odżywek i olejków poprawia moje samopoczucie:)
Bo coś robię! Bo nie siedzę biernie załamując ręce nad stanem moich włosów, jednocześnie nic pożytecznego dla nic nie robiąc.

A oto moi sprzymierzeńcy, czyli
 CZYM OLEJUJĘ:

OLEJ KOKOSOWY
Tego "pana" już chyba przedstawiać nie muszę. Towarzyszy mi wiernie od wielu miesięcy, jest zbawieniem dla mojej diety, skóry i włosów. Stosuję go też bardzo delikatnie na same końcówki tuż po myciu. Dzięki temu są gładkie, nawilżone i dużo mniej porozdwajane.


OLEJ ARGANOWY
Jest dosyć rzadki, więc łatwo się rozprowadza, ale dodaję go kilka kropli do mieszanki olejków, które razem nakładam na włosy.
Najlepiej zapłacić trochę więcej i kupić czysty olejek. Gotowe produkty, których argan jest składnikiem, często mają go w sobie znikome ilości, a kosztują wcale nie mało. 
Wybierajcie również olejki w ciemnych buteleczkach, które chronią przed światłem.

OLEJ MACADAMIA
Ma silny aromat orzechów, łatwo się rozprowadza, nie obciąża włosów.
Już mi się kończy ale planuję zastąpić go na razie jakimś nowym specyfikiem:)

OLEJ RYCYNOWY
Jest bardzo gęsty i ciężko się rozprowadza, dlatego rozrzedzam go pozostałymi olejkami. Podobno przyciemnia lekko włosy ale ja tego nie zauważyłam- siwe jak miałam, tak mam:(
Pobudza wzrost włosów i działa dosłownie cuda, podczas gdy zaczynają mi bardziej wypadać! Poza tym wspaniale je nabłyszcza!
Kupuję stacjonarnie w aptece za ok 6-8 zł:) 


JAK STOSUJĘ OLEJKI:

Wszystkie olejki mam wymieszane w równych proporcjach w osobnym pojemniczku. Przed nałożeniem, delikatnie podgrzewam je pod ciepła wodą. Wtedy nie tylko lepiej się nakładają, ale ciepło rozchyla łuski włosa i cenne składniki mogą łatwo wniknąć do jego wnętrza.
Stosuję ten zabieg regularnie raz w tygodniu- najczęściej nakładam olejki w sobotę wieczorem, a zmywam w niedzielę rano. Na początku popełniałam podstawowy błąd- myślałam, że aby olejki działały, muszę nałożyć ich dużo. Później myłam głowę minimum 3 razy, a i tak ciężko było pozbyć się całkowicie tłustej powłoki. Końcówki były przetłuszczone a u nasady wysuszone od zbyt długiego mycia.


EFEKTY OLEJOWANIA:

Lśniące, gładkie, odżywione włosy, które nie puszą się, nie elektryzują, ale jednocześnie (jeśli nauczymy się prawidłowo aplikować i zmywać olejki) nie są obciążone i oklapnięte.

Wiem, że najcudowniejszy olejek nie zmieni struktury moich włosów, ale to co jest teraz na mojej głowie, a to co było jeszcze 2 lata temu, to jak niebo a ziemia!

Mój kolejny must have na liście zakupów to olejek łopianowy, zachwalany przez wiele dziewczyn. Ja o jego działaniu przekonam się już niedługo. 

Ciekawa jestem Waszych opinii- olejujecie włosy? Jeśli tak, to jakimi olejkami i jakie są wasze efekty?

Jeśli do tej pory nie stosowałyście tej metody, to bardzo, bardzo gorąco polecam! 
Osobiście nie pamiętam kiedy ostatnio udało mi się wyhodować u siebie tak długie włosy- chyba gdy szłam do komunii...Wiem, że bez wsparcia olejków byłyby może i długie, ale za to w opłakanym stanie.

Pozdrawiam:)

Klem, klem:)

niedziela, 6 grudnia 2015

VIKINGSKIPSHUSET- czyli Muzeum Łodzi Wikingów:)

Poprzednią niedzielę spędziliśmy w domu odchorowując Andrzejki. 
Mimo, że miło spędziliśmy w sobotę czas (a przynajmniej do tego momentu, który pamiętam xD), to miałam poczucie trochę straconego weekendu. Bo przecież w niedzielę zawsze gdzieś idziemy- choćby na dłuższy spacer, a tu nic tylko kanapa.
Dlatego dziś, w tę MIKOŁAJKOWĄ niedzielę postanowiliśmy odbić sobie poprzedni weekend i sprawić wzajemnie prezent.

Nie wiem jak to się stało, że to była pierwsza nasza wizyta w tym miejscu. Uświadomiło mi to, że mamy pewne zaległości na kulturalnej mapie Oslo, ale będziemy to sukcesywnie nadrabiać!

Ok, zatem zapraszam Was na małą fotorelację z wizyty w Muzeum Łodzi Wikingów:)

Tuż przy wejściu wita nas taki drobny eksponacik:


Łódź z Oseberg
Przypadkowo odkryta pod nasypem grobowym w 1903 roku. Ma 21,5 m długości oraz 5,1 m szerokości. Ta "niewielka łódeczka" pochodzi uwaga, uwaga- z IX wieku naszej ery i służyła za miejsce pochówku dla dwóch kobiet, których szczątki również znajdują się w muzeum.

Łódź z Tune 
Odnaleziona w 1867 roku we wnętrzu kurhanu. Pochodzi z 910 roku, miała 19 m długości i 4,2 szerokości. W łodzi złożony był pochówek mężczyzny. Niedbałe wykopaliska sprawiły, że łódź uległa dużemu zniszczeniu.


Łódź z Gokstad 
Odnaleziona w 1897 r podczas przekopywania kurhanu. Znajdowała się w niej komora grobowa ze szczątkami wodza wikingów. Służyła do żeglugi dalekomorskiej, ma 23,1 m długości i zachowała się w bardzo dobrym stanie.

Przez chwilę poczułam się jak kruszynka:)


Poza trzema ogromnymi łodziami wikingów można było podziwiać inne eksponaty. Nie pokażę wszystkiego, aby nie zabierać przyjemności zwiedzania tym, którzy być może kiedyś odwiedzą to miejsce:)
Ale ta bryka mnie wyjątkowo urzekła:)




Muzeum znajduje się na półwyspie Bygdøy- bardzo pięknym miejscu, które również warto odwiedzić i przespacerować się po pięknych, klimatycznych uliczkach i pomostach.
Zakupując bilet dla dorosłej osoby w cenie 80 nok, mamy wstęp do innego muzeum-historycznego, położonego kilka km od półwyspu- tuż przy Pałacu Króla. 
Po krótkim spacerze po Bygdøy pojechaliśmy w stronę centrum, ale po 30 minutach krążenia w poszukiwaniu miejsca parkingowego (zmora Oslo) stwierdziliśmy, że wracamy do domu. 
Szkoda, że wcześniej nie wiedziałam o tym drugim muzeum w cenie biletu- wtedy nasze zwiedzanie rozplanowałabym trochę inaczej. Ale to nic, najważniejsze, że widziałam łodzie wikingów:)

I zaliczyliśmy spacer po magicznym Bygdøy'u:)

Mam nadzieję, że za tydzień spadnie trochę śniegu, bo wybieramy się na główny deptak Oslo- Karl Johans Gate. Pokażę Wam ozdobione światełkami ulice i jarmark świąteczny w norweskim wydaniu:)
A za 2 tygodnie będę o tej porze siedzieć w aucie, w drodze na prom i do domu! Do mojego kochanego świętokrzyskiego!:)



Dostałam dziś w prezencie dużo radości i bardzo przyjemny dzień:)

A Wam co przyniósł Mikołaj?:)


Pozdrawiam:)

Klem, klem:)