czwartek, 17 grudnia 2015

Choinka...

Kto wyobraża sobie święta bez niej? 
Jaka by nie była, sztuczna, żywa, gęsta jak na filmach albo taka z kilkoma zaledwie gałązkami- ale musi być. Albo nie musi.

Dziś miał być post o ręcznie robionych ozdobach ale...nie chce mi się. 
Nie wszystko jest takie kolorowe jak moje pajacyki z wydmuszek...
Bo idą święta...a ja ich nie cierpię i mam ochotę napisać dlaczego tak jest a nie udawać, że jestem heppi od ucha do ucha, bo Wigilia, bo prezenty i choinka.

Właśnie...choinka. Dużo o niej ostatnio myślałam. Dla mnie to symbol, ale nie świąteczny, symbol...powrotu do życia.

Przez 4 lata jej nie ubierałam, ozdoby powędrowały na strych. 
Zanim tak się stało była pewna Wigilia- niesamowita, pełna radości, nadziei i wyczekiwania.
Ubrałam wtedy najpiękniejszą choinkę jaką kiedykolwiek mieliśmy w domu- wysoka pod sam sufit, pełna cukierków, pierników, jabłek, starych bombek i ręcznie robionych ozdób. Zrobiłam zdjęcia aby pokazać ją jednej szczególnej osobie, która w Wigilię nie mogła być z nami. 
Ale miała dołączyć, już za chwilę miała wrócić do domu. 
Wszyscy na to czekaliśmy niecierpliwie i podekscytowani podczas Wigilii rozmawialiśmy tylko o tym. Już jutro z nią porozmawiamy! W Boże Narodzenie!

Ej co jest, już po świętach a ona nadal śpi, przecież mieli ją obudzić...

Codziennie noszę do szpitala aparat ze zdjęciami choinki i Wigilii.
Do 29 grudnia, potem rezygnuję, zaczyna do mnie docierać, że ona już tych zdjęć nie zobaczy. 
Ona już się nie wybudzi, a jeśli nawet zdarzyłby się taki cud, to będzie roślinką.
Te słowa lekarki słyszałam jeszcze wiele razy w swoich koszmarach, brutalne, zabierające ostatnie już resztki nadziei.

Już prawie luty, muszę rozebrać tę zasraną choinkę, nie mogę już na nią patrzeć! 

Ściągając każdą bombkę i rzucając byle jak do pudła myślę o tej wielkiej radości, jaka towarzyszyła mi przy jej ubieraniu. Minęło zaledwie 5 tygodni a ja jestem psychicznie wrakiem człowieka i marzę tylko, aby zasnąć i obudzić się za 5 lat, może wtedy będzie już chociaż trochę mniej bolało.

4 lata nie obchodziliśmy świąt. Smażyłam rybę, robiłam sałatkę, siadaliśmy przed telewizorem nie mówiąc ani słowa.

2 lata temu ojciec przyniósł z lasu jakiś potargany, krzywy wiecheć. Wcale nie byłam na to gotowa, ale i tak okazało się, że wszystkie ozdoby gdzieś przepadły. Miałam tylko norweskie ciastka korzenne, które zawiesiłam na tej pożal się Boże choince. 

Rok temu kupiłam kilka bombek i światełka- ale nie z własnej chęci ,tylko ze względu na Lubego.

Ale choinka chcąc nie chcąc zaczynała ewoluować...znowu pojawiła się w naszym domu, mimo, że nie wykurzyła najgorszych wspomnień i nie sprawiła że nagle chciało nam się chcieć, a nie tylko przespać święta...

Teraz siedzę wieczorami i sama robię ozdoby. Każda z nich to wspomnienie z tych cudownych lat, kiedy byliśmy w komplecie.

Miałam może z 7-8 lat kiedy siedziałam z mamą w kuchni i robiłyśmy pajacyki z wydmuszek. 
A te śnieżynki nauczyłam się robić w szkole. Strasznie jej się podobały.
I jeżyki- ja nie miałam do nich cierpliwości- za to mama relaksowała się przez te godziny nawijania bibułki na ołówek:)




W tym roku kupimy małą choinkę w doniczce, ubierzemy ją tylko w ręcznie robione ozdoby, a na wiosnę wsadzimy na podwórku, przy naszej potarganej chałupce. 


Pierwszy raz od 7 lat czuję delikatną radość na myśl o świętach, zapomniałam już jak to jest...Ale to radość pomieszana jak zawsze ze strachem, bo to czas kiedy wszyscy się cieszą, a ja rok w rok przeżywam naszą tragedię od nowa. 

Już nigdy nie będzie tak jak przed wypadkiem, a patrzenie na zdjęcie ukochanej osoby nie może zastąpić mi jej obecności.
Potrzebowałam 7 lat aby to zrozumieć i nauczyć się o tym mówić...7 lat...Kiedy? Jak? Gdzie?- dla mnie to zawsze będzie jak wczoraj. Ale jest lżej.
Teraz robię ozdoby, myślę o niej, popłakuję pisząc ten tekst i słuchając piosenek, które tak mi wszystko przypominają...Ale to takie dobre wspomnienia i płacz, który przynosi ulgę.
Tęsknię, nie da się opisać jak bardzo.


Nightwish "Sleeping Sun"


...






8 komentarzy:

  1. Smutny wpis :(, chociaż uzmysławia Mi, że po wielkiej tragedii czas dalej płynie i w końcu tyle go minie, że wracamy do normalności

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet nie wiem co napisać...Siedzę i mam łzy w oczach...

    OdpowiedzUsuń
  3. Po czasie zawsze wychodzi słońce - mimo, że nieraz wcale tego nie chcemy. Ale bliscy odchodzą wtedy kiedy się najmniej spodziewamy....

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytając wpis łzy cisną mi się do oczu. Ciężko coś w takim momencie napisać. Trzymaj się Kochana.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ścisnęło mnie w gardle, kiedy czytałam ten wpis. Niemniej jednak cieszę się, że po tych 7 latach czujesz tą delikatną radość :) Nigdy nie straciłam tak bliskiej osoby, więc naprawdę ciężko wypowiadać mi się na ten temat, ale pokuszę się o stwierdzenie, że w kolejnych latach będzie coraz lepiej. Że będziesz coraz częściej wspominać te dobre chwile, tak jak teraz, o wspólnym robieniu ozdób :) I nawet jeśli będziesz przy tym ryczeć jak bóbr, będzie dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję Wam dziewczyny za wsparcie:*

    OdpowiedzUsuń
  7. Poczułam ucisk w żołądku i dopadła mnie refleksja... 4 lata temu - kilka dni po Świętach - zmarł mój Tata,a ja nadal nie odwiedzam go na cmentarzu i wciąż nie dociera do mnie, że już go z nami nie ma. Wiem co czujesz, jednak cieszę się, że te Święta będą dla Ciebie wyjątkowe. Spędź je w zdrowiu i w spokoju :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem, co napisać, bo czuję, że łzy napływają mi do oczu, a Twoja historia i to, co przeżyłaś nie można w żaden sensowny sposób skomentować. Mogę tylko napisać, że ja również czuję w sobie radość z powodu nadchodzących świąt, ale jednocześnie lekką obawę, bo u mnie też jest coś, co szczególnie powraca w ten świąteczny czas. Wiem jednak, że z pewnymi sytuacjami, czy zdarzeniami musimy się pogodzić i mieć w sobie ogromną nadzieję i wiarę :) Ściskam mocno i życzę, aby w Twoim życiu było już teraz coraz więcej radości ! :) :*

    OdpowiedzUsuń