wtorek, 29 listopada 2016

A może by tak WEGANIZM?

Dziś będzie pasztet- najlepszy jaki jadłam- GENIALNY!!
Będzie pasztet z soczewicy, kaszy jaglanej i ogórków kiszonych i zanim pomyślisz "jeeeny znowu jakiś beznadziejny wynalazek" to spójrz na garstkę składników, banalność wykonania i poświęć te 30 minut na przygotowanie tego cuda, z czego większość to czas gotowania soczewicy po prostu.
Nigdy nie sądziłam, że coś roślinnego może mi smakować milion razy bardziej niż mięsny odpowiednik!
I to mnie skłoniło do refleksji...
W zasadzie od kilku dni, czyli odkąd skończyły mi się jajka, kefir i odkąd przywykłam i polubiłam smak mleka sojowego w kawie, zastanawiam się czy aby mój wstępny wegetarianizm (który trwa dokładnie od 2 miesięcy:)) nie przeobrazić w coś...więcej:)
Zainspirowana postanowieniem Pat (link) stwierdziłam, że podobnie jak ona postaram się wytrwać do świąt na czystej diecie roślinnej.
A potem?
A potem zobaczymy:)


sobota, 26 listopada 2016

Kuchenne gadżety: LUNCHBOX idealny i NOŻE CERAMICZNE

W ostatnim czasie do mojej kuchni i sposobu odżywiania wkradło się wiele zmian.
Zmian, które mnie zadziwiają a nawet szokują ale i mobilizują. 
Dzięki nim zaczynam wierzyć, że jest dla mnie jednak nadzieja i, że kiedyś uda mi się na zawsze pożegnać zaburzenia odżywiania.
To, że zrezygnowałam niedawno z jedzenia mięsa a w mojej diecie pojawiło się dużo więcej warzyw to już nie jest tajemnica.
Kolorowa sałatka daje mi jakąś niesamowitą energię już od samego patrzenia na tę tęczę kolorów w lanczboksie czy w moich drewnianych miseczkach, a kiedy jem warzywa, najczęściej na surowo, mam wrażenie jakby nie tylko zapełniały żołądek ale i odżywiały każdą komórkę ciała.

Ale dziś ma być krótko zwięźle i na temat, o tym co się dzieje w mojej kuchni i głowie napiszę w innym rozwleczonym poście i uprzedzę, że będzie zawile:)
A dziś 2 gadżety, które ostatnio trafiły w moje łapki i które okazały się nie tylko przydatnymi ale dosłownie idealnymi ułatwiaczami życia żywieniowego freaka:)



poniedziałek, 21 listopada 2016

7 NORWESKICH BZIKÓW del 5 (wersja zimowa:))

Kawał czasu minął od ostatniej notki o Norwegach i ich lekko dziwnych lub totalnie odjechanych zwyczajach, poglądach i zachowaniach:)
Myślę, że czas powrócić do tematu tym bardziej, że zbliża się zima- czyli coś co jest norweskim bzikiem samo w sobie:)
Bo zima to śnieg, narty, ciepłe kalesonki i święta, czyli coś co wielu z nas uwielbia ale Norwedzy robią to na swój specyficzny sposób:)

Zacznijmy od czegoś co za każdym razem, a zdarza się dosyć często w okresie zimowym, bardzo mnie rozbawia. Mam wrażenie, że Norwegia chyba na Syberii leży:)

1. U nas jest najzimniej!
Norwedzy lubią pytać jak to jest w Polsce, porównywać zwyczaje, pytać co ile kosztuje ("ohh u nas w Norwegii jest tak drogo!") i o pogodę. Bo wiecie, ta norweska zima jest niesamowicie sroga, jest mróz, sypie śnieg, trzeba skrobać szyby i auta często nie odpalają! No mówię wam tragedia!
Ja się na takie straszne mrozy szykowałam a tu jedna druga trzecia zima minęła i stwierdziłam- ale tu fajnie! 
Bo u mnie w kieleckiem jak jest minus 10 stopi to czujesz jakby co najmniej 20 poniżej zera było bo wieje i powietrze jakieś takie wilgotne. 
A w Oslo? Minus 20 a mam wrażenie jakby delikatne i przyjemne minus 5 było:) Serio! Oczywiście potrafi zmrozić i zawalić śniegiem ale żeby to jakieś srogie zimy były to nie sądzę. 
Ale powiedz to Norwegowi! Zawsze gdy pytają jaka zima jest w Polsce i odpowiadam, że podobna do tej w Oslo (bo nie wiem jak jest na samej północy kraju) to łapią się za głowę- Tak zimno? Niemożliwe! (Im się chyba wydaje, że Polska nad Morzem Śródziemnym leży...)
Nie wiem co oni mają z tym odczuwaniem temperatury..a może to ja mam coś zaburzonego bo mi jest na prawdę zimniej w Polsce niż w Norwegii- ale tego nie powinno się im zdradzać! 
Zauważyłam, że Norwedzy odczuwają jakąś taką satysfakcję gdy utwierdza się ich w przekonaniu, że to u nich jest najzimniej:) Niech im będzie:)


czwartek, 17 listopada 2016

Koktajl mocy na śniadanie

Jestem uzależniona, mogę to przyznać..
Zadziwiające jak wiele może się zmienić na przestrzeni 2-3 miesięcy!
Jeszcze we wrześniu praktycznie każdy dzień rozpoczynałam od jajecznicy z 3 jajek ze szpinakiem i serem żółtym a na obiad jadłam jakiś gulasz, ewentualnie kotleta z ogórkiem kiszonym.
Teraz nie jem mięsa, jajka sporadycznie i tylko od szczęśliwej kurki a z warzywami i owocami mam spory problem- nie nadążam z robieniem zaopatrzenia bo tak szybko znikają!

Ale dziś skupię się na tym moim nowym uzależniaczu- prostym, pysznym i najczęściej ZIELONYM:)



niedziela, 13 listopada 2016

Moja kolekcja TOREBEK!:)

Nie jestem i nigdy nie będę blogerką modową bo kompletnie się na tym nie znam (choć podobno wcale nie trzeba). Nie jestem też normalną kobietą bo nie mam jakiejś wielkiej radości z kupowania ciuchów (no chyba, że jakimś cudem trafię perełkę i nawet stwierdzę, że dobrze w niej wyglądam, ale to się rzadko zdarza xD). 
Z butami też mam problem bo ciężko jest do mojej koślawej stopy dobrać wygodne a do tego ładne obuwie.
Ale torebki...lubię, bardzo lubię:)
Ale nie takie zwykłe!
Polskie, ręcznie robione, wymyślone przez zdolnych ludzi, którzy niekoniecznie zbijają na tym taką kasę jak czołowe nazwiska projektantów.
Tutaj w Oslo torebki Korsa czy LV nosi 90% nastolatek jako "plecaki" na książki. 
Zobaczyć na ulicy szaneki, YSL czy celinki to też nic nadzwyczajnego. 
Wręcz przeciwnie powiem Wam tyle-nuda!
Może gdy widzisz na ulicy raz na ruski rok torebkę za kilka tysi faktycznie możesz się lekko zapowietrzyć z wrażenia, ale gdy widzisz takie zjawiska KAŻDEGO DNIA stwierdzasz nagle, że to strasznie oklepane. Jakby na bazarku za rogiem wyprzedaż była i pół Oslo skorzystało xD
Dlatego wybieram torebki, których w Norwegii nie uświadczysz i autentycznie kilka kobitek pytało skąd je wyrwałam!
Zresztą w Polsce też nikt nie wie skąd je mam, a skąd?
Wyszukuję najczęściej na DAWANDZIE lub PAKAMERZE, część podpatrzyłam też dawno temu na innych blogach:)
Tak na chwilę obecną (na zwykłym wieszaku, tudzież klamce i krześle, a nie w dizajnerskiej garderobie niestety xD) prezentuje się moja mała (?) kolekcja:)...

czwartek, 10 listopada 2016

RAW chlebek vol 2, przepyszny!

Staram się nie gromadzić przedmiotów, żyć minimalistycznie...staram się...ale mam słabości xD
Dokładnie dwie- do torebek i kuchennych gadżetów:)
O ile będąc w Norwegii powstrzymuję się od większych zakupów (najczęściej nie ja sama a cena mnie stopuje xD), o tyle jadąc do Polski odbijam sobie z nawiązką i praktycznie zawsze wracam do Oslo z nową torebką i kuchennym sprzętem, tudzież drobnym akcesorium:)
Rozgrzeszam się faktem, że torebki to moje jedyne zboczenie (no można mieć jedno prawda?) a kupione gadżety do kuchni nigdy nie zbierają kurzu.
Tym razem moim mast hewem była suszarka do owoców/warzyw/grzybów.
Szukałam takiej w norweskich sklepach, ale o ile widziałam je na niektórych stronach internetowych, to stacjonarnie nie spotkałam nawet jednej.
Na szczęście w Polsce, w sezonie grzybowym i jabłkowym suszarek na pęczki i znalezienie tej idealnej nie stanowiło problemu. 
Idealnej do suszenia...CHLEBA!
Ale nie takiego dla konia!

Moja fascynacja "surową kuchnią" nabiera rozpędu i o ile nie planuję zostać legalną witarianką, to kręci mnie wypróbowywanie RAW przepisów na wypieki:)
Bo tak mi szkoda tych nasionek! Tych cudownych olejów z siemienia, sezamu czy słonecznika, tych kwasów omega 3, które powinny odżywiać każdą komórkę mego wspaniałego ciała a nie spalać się w odmętach rozgrzanego piekarnika!
Dlatego powstał drugi już surowy chlebek w moim wykonaniu, chlebek, który polecam jeszcze bardziej niż ten PIERWSZY (link) bo o niebo lepiej smakuje nam obojgu- mi i Chrupkowi!

niedziela, 6 listopada 2016

4 cudowne dni w DOMU


Dobrze czuję się w Oslo, coraz lepiej, ale jeśli jest jedno takie miejsce, które mogę nazwać prawdziwym domem, to nie znajduje się ono w Norwegii...
Każdy ze zdziwieniem pytał- "jak to, tylko 4 dni będziesz? Opłaca ci się?"
Niech pomyślę...bus na lotnisko, bilet lotniczy, dojazd z lotniska, potem powrót promem więc koszta paliwa, biletu, kajuty....tak, opłaca się:) Czemu?
Bo rodzina, Wszystkich Świętych, bo radość mojej babci i dziadka, bo kolejne wspomnienia, bo wieczory przy kominku i poczucie, że ma się prawdziwy ciepły dom, taki jaki zawsze chciałam mieć...mimo, że to tylko stara drewniana chatka:)
Coś trzeba jeszcze dodawać?
Nawet lampion z dyni pierwszy raz robiłam i starałam się przekonać choć delikatnie do "Helołin"-i przyznaję, że zaczęłam podchodzić trochę mniej sceptycznie:)
Ale były też złe strony tego krótkiego pobytu w Polsce...
Pogoda straszna, choć i tak mogło być gorzej bo przynajmniej nie lało...
Do tego przeziębienie mnie dopadło a ja nie przywykłam, rzadko choruję, więc w lekkim szoku byłam.
No i zepsuty widok z okna...taki był piękny, na las, na sad i czerwony hydrant...teraz zrobiło się zielono ale od ogrodzenia...
ALE!
I tak było super:)
Nasza piękna Potargano Chałupka ożywiała szary ponury krajobraz:)
Już więcej nie gderam ale zdjęcia wrzucić muszę, choć jak na mnie mam ich dziś wyjątkowo niewiele:)