niedziela, 31 stycznia 2016

Styczeń 2016 w zdjęciach:)

Czy tylko ja jestem w lekkim szoku, że oto styczeń się właśnie kończy? 
Przecież dopiero był Sylwester!
Ale ja się cieszę, że miesiąc, który zawsze mi się źle kojarzy, jest już za nami.
Czas go podsumować! 
Rachunek sumienia wystawiłam sobie sama, styczeń nie był taki zły, ale wiem już co chcę poprawić w lutym:)

To był dosyć wymagający miesiąc, zawsze ciężko jest wrócić po kilku tygodniach do Norwegii i znowu się aklimatyzować. Na szczęście już złapałam normalny rytm i z lekkim opóźnieniem, ale zaczynam się w tym nowym roku rozkręcać.
Najwięcej się chyba działo w kuchni dlatego fotki jadła przeważają, ale to mnie akurat cieszy, bo tym samym realizuję sumiennie jedno z postanowień noworocznych- eksperymentowanie na talerzu:)

To może by tak od początku- pierwszy zachód słońca w 2016 roku:)
Uschnięty badyl w bonusie:)



piątek, 29 stycznia 2016

Pielęgnacja włosów- nowości kosmetyczne.


Jak Wam idzie realizacja postanowień noworocznych? 
Mi umiarkowanie:)
Ale co zrobić jeśli jedno postanowienie wyklucza drugie?:)
W 2016 roku kontynuuję nawilżanie, odżywianie, zagęszczanie i zapuszczanie moich marnych włosów. 
Jeśli chodzi o regularną ich pielęgnację to chyba jedyny punkt, z którym od długiego już czasu nie mam najmniejszych problemów.
Ale kolejne moje postanowienie mówi o ograniczeniu kupowania kosmetyków, gdyż mam skłonności do składowania ich "na zapas", nieprzemyślanego wybierania oraz zużywania "na siłę" bo kończy się data.
No i jak tu pogodzić jedno z drugim?:)
Na szczęście tym razem miałam wspaniałą wymówkę do kupienia kilku dodatkowych produktów- następny zjazd do Polski prawdopodobnie dopiero za pół roku...
W takim wypadku zapasy są jak najbardziej wskazane!:)


czwartek, 28 stycznia 2016

7 NORWESKICH "BZIKÓW":)

Ostatnio na kursie non stop wałkujemy tematy o społeczeństwie, cechach, stereotypach i dziwactwach Norwegów:) Trochę mi to już bokiem wychodzi i na razie nie mam ochoty dokładnie ich przedstawiać, ale są pewne ciekawostki, o których nie miałam pojęcia zanim tu przyjechałam. Może i was zainteresują:)  Takie norweskie "bziki":)

1. "Født med ski på beina"

Temat bardzo na czasie- W niedzielę wybraliśmy się z Lubym do centrum na krótki spacer. Pogoda średnio dopisywała bo było mgliście i szaro-ale to nie ona sprawiła, że Norwegów jak na lekarstwo na ulicach- to ZIMA, stoki narciarskie w pełni przygotowane i szaleństwo już dawno rozpoczęte. Nic dziwnego gdy dziecko na 2 urodziny dostaje narty...dziwne w sumie gdy ich nie dostaje xD. Dlatego mówi się, że Norwedzy "rodzą się z nartami na nogach":) Oni mają na ich punkcie na prawdę dużego bzika...




wtorek, 26 stycznia 2016

BEZGLUTENOWE CIASTO CZEKOLADOWO- DAKTYLOWE.


Na to cudo natknęłam się na BLOGU PAT
Dziewczyny walczą z białym cukrem i zamieszczają bardzo fajne przepisy na FEJSBUKU:)

Nie ukrywam, że wertując nowe przepisy najbardziej do ich wypróbowania zachęca mnie nie tylko apetyczność, ale przede wszystkim to czy mam wszystkie składniki:) Jeśli tak to od razu planuję kiedy przystąpię do realizacji "dzieła", a jeśli czegoś mi brakuje to...szybko zapominam, że miałam coś dokupić i przygotować:) No chyba, że chodzi o jakiś mały brakujący duperelek, który dostanę bez problemu tu w Norwegii.

Ale może by tak do rzeczy:) A raczej do placka:)


SKŁADNIKI:

1 szkl. DAKTYLI
1 szkl. MĄKI KOKOSOWEJ
1/2 szkl. MĄKI JAGLANEJ
1 szkl. MLEKA
1/3 szkl. OLEJU KOKOSOWEGO
1/2 szkl. SUSZONEJ ŻURAWINY (można pominąć)
50g gorzkiej czekolady (min 70%)
2 łyżki KAKAO
2 łyżki MASŁA ORZECHOWEGO
sok z połowy cytryny
1 łyżka OCTU JABŁKOWEGO
1/2 łyżeczki PROSZKU DO PIECZENIA
1/2 łyżeczki SODY OCZYSZCZONEJ
1 duże JAJKO
sok z połowy pomarańczy (nie miałam dałam sok z 1/2 cytryny)

POLEWA
50 g gorzkiej czekolady (można dać więcej)
2 łyżki oleju kokosowego
łyżeczka melasy lub miodu.


niedziela, 24 stycznia 2016

keep calm and...naucz się dostrzegać a nie tylko patrzeć:)


Żyję w kraju luksusu...przynajmniej ja to tak odbieram. 
Dla Norwegów to po prostu normalność, w każdym razie dla Norwegów ze stolicy bo innych nie znam.
Dla mnie posiadanie torebki za np 2 tysiące zł byłoby luksusem (albo raczej fanaberią), kupowanie kurtek za 3 tysiaki (z naturalnym futrem na kapturze sic!) uznam za rozrzutność, jednorazowy obiad dla 2 osób za 1000 koron (500 zł) to według mnie przeginka...Ale W Oslo to nic nadzwyczajnego. Tu zarabia się dużo i dużo wydaje więc mogę i ja...ale nie chcę.
Nie jest łatwo nie "zwariować". Widziałam wieeele przykładów osób, które lekko odleciały na punkcie markowych dodatków, ciuchów, pokazywania że ich stać- ("mam nadzieję, że w Polsce będzie padać bo muszę się pokazać w moich Hunterkach"- to autentyczny cytat:))
Choć w zasadzie przeglądając np Instagram widzę, że nie trzeba żyć w Norwegii aby świecić metkami Chanel, LV, Prada czy jakże dizajnerskie "jabłko"- na polskich profilach aż się od nich roi.
Nie mówię nie, nie potępiam tylko dlatego, że sama mam inne przekonania czy priorytety- w zasadzie w ogóle nie potępiam, bo co mnie niby obchodzi, że jakaś poczytna blogerka ma kolekcję torebek w cenie dobrej klasy auta. Ona lubi "inwestować" w torebkę a ja taką sumę bez wahania przeznaczę na wymarzony aparat- każdy lubi co innego...

Skąd te moje nieskładne dzisiejsze wywody...
Przeczytałam ostatnio coś na Fejsbuku. Nie pamiętam gdzie, u kogo i jak dokładnie brzmiało. 
To był krótki tekst o nowoczesnej, zabieganej kobiecie, która pędząc na zakupy, dzierżąc w ręce nowego Ajfona i myśląc nad jakimiś duperelami w stylu "świat mi się wali bo odprysnął mi lakier na paznokciach i zjadłam dziś muffinka więc znowu przytyję", spotyka na swojej drodze babcię z dwoma małymi bukiecikami...
Ktoś to czytał?

 Staruszka miała bukiety z kwiatów, które dziewczynie kojarzyły się z jej własną babcią
-A tak tu sobie siedzę, może kto kupi- dziewczynie zrobiło się głupio więc spytała po ile te bukiety.
- Czy ja wiem? To takie tam zwykłe kwiatki na polu uzbierane, ja nie wiem ile są warte. Ten większy może 3 złote, ten mniejszy 2...A może 4 złote za oba? Nie wiem, może 3 złote?

Dalej była opisana reakcja i przemyślenia dziewczyny, która zaczęła sobie robić wyrzuty, że przejmuje się takimi pierdołami jak paznokcie bo wielki świat ją wciągnął na tyle, że zapomniała o innych ludziach i ich problemach. Ta babcia z kwiatami to było jak "uderzenie ścierą w twarz". Dla dziewczyny te 3 złote to była jakaś śmieszna niezauważalna kwota, dla babci miała już ona jakąś wartość. 
I tu nie chodziło tylko o pieniądze. Czasem jesteśmy tak zabiegani i skupieni na karierze, na tym kto co ma, na chęci posiadania więcej, że zapominamy ile tak na prawdę sami mamy szczęścia. 
Takie zachowania potrafią zniszczyć spokój i sprawić, że będziemy wiecznie zrzędzącym kłębkiem nerwów, bo co z tego, że ja mam całkiem dobre auto, o którym kiedyś marzyłam, jak znajomi właśnie kupili lepsze i teraz NA PEWNO triumfują!
Co z tego, że mam świetnego faceta, np dwójkę zdrowych i wspaniałych dzieci, jak nie możemy jechać w tym roku na Karaiby, albo musimy kupić mieszkanie w kredyt bo nie stać nas tak jak niektórych naszych znajomych.
Co z tego, że mam świetne wyniki badań, nie doskwiera mi nawet ból głowy, jak mam o całe 2 cm za dużo w biodrach albo za małe cycki- to prawdziwa tragedia!

Ta historyjka z Fejsa wywarła na mnie ogromne wrażenie, od kilku dni wzruszam się na myśl o wspomnianej babci, która tak bardzo przypomina mi moją własną. Zastanawiam się nad swoim własnym życiem, osiągnięciami, tym co mnie martwi i czy jest warte nerwów, oraz tym co mam, a czego być może nie doceniam.

Zaraz po przyjeździe do Norwegii dałam się troszkę "zaczarować" (a raczej opętać). Niee, na szczęście nie rzuciłam się na markowe rzeczy opróżniając całkowicie portfel i konto- resztkami zdrowego rozsądku potrafiłam się powstrzymać (ok, żałowałam sobie bo z natury jestem typem oszczędnym). Przez jakiś czas jednak zachwyciłam się tym co mają inni, co widziałam na ulicach, oglądałam na norweskich, polskich i innych blogach. Nie chodzi tutaj tylko o przedmioty, ale o cukierkowe, przepuszczone przez filtry Instagrama życia innych, które wydawały mi się milion razy lepsze niż moje. Zazdrościłam Norwegom, że nie muszą się martwić o pieniądze, że jeżdżą kilka razy do roku w miejsca, o których ja zawsze mogłam tylko pomarzyć, że mają piękne domy i zapewnioną spokojną bezstresową starość...Podczas gdy ja mam same problemy.

Ależ się cieszę, że w końcu zmądrzałam i już tak negatywnie nie myślę. Życie od razu nabiera cieplejszych kolorów kiedy doceniam to co mam i nie porównuję do innych- i to bez sztucznych filtrów:)






Czasem najbanalniejsze rzeczy i zdarzenia są cenniejsze od najczystszego złota:)
Czasem taki baran jak ja musi wywalić swoje zawiłe przemyślenia bo inaczej pęknie a baran nie chce być pęknięty:)

Klem, klem:)

sobota, 23 stycznia 2016

Pielęgnacja skóry: MYDŁO ALEPPO:)


Nareszcie je mam i mogę dosłownie na własnej skórze przekonać się, czy tak sławne, zachwalane i ...brzydkie mydło faktycznie działa cuda:)

MYDŁO ALEPPO



Taaak, zdecydowanie nie nadaje się do wystawiania na widok publiczny w łazience:) Zapach również ma specyficzny (choć jak dla mnie całkiem znośny, taki naturalny:)). Co mnie w Nim tak zafascynowało, że w końcu zdecydowałam się na zakup? Między inymi:

PROCES POWSTAWANIA I SKŁADNIKI:
Mydło wytwarzane jest podobno wg niezmienionej receptury od ponad 2000 tys lat w Syrii, w miasteczku Aleppo. 
Podstawowe mydło zawiera maksymalnie 4 składniki:
oliwę z oliwek,
olej laurowy,
wodę morską,
wodorotlenek sodu (konieczny do reakcji zmydlania)
Oliwę, wodę morską i wodorotlenek sodu łączy się ze sobą i gotuje przez kilka dni. Na koniec dodaje się olej laurowy i gotową masę wylewa do dużych form aby zastygła (trwa to ok 9 miesięcy!). Gotowe mydło kroi się ręcznie na kostki i stempluje. W środku powinno być zielonkawe, a im ciemniejsza zieleń, tym mydło starsze i lepsze.



DZIAŁANIE:
Mydła możemy rozróżnić ze względu na zawartość oleju laurowego- 5-10-20-30-40% itd. Im wyższa wartość, tym mydło ma silniejsze właściwości, bo to właśnie olej laurowy sprawia, że Aleppo działa bakteriobójczo i oczyszczająco. Dezynfekuje skórę twarzy, głowy i całego ciała, pomaga w walce z łupieżem, trądzikiem oraz przy gojeniu się ranek.
Możemy dostać Aleppo z dodatkiem np glinki, olejów, błota z Morza Martwego czy koziego mleka, ale to podstawowe laurowe powinno zawierać nie więcej niż 4 wymienione wcześniej składniki.

KOSZT:
Cena waha się w zależności od zawartości oleju laurowego-od 15 do ponad 40 zł.
Ja za swoje zapłaciłam ok 25 zł (ok 200g). Dużo? Być może tak, przecież to tylko mydło...Ale używam go od prawie 2 tygodni i już widzę, że starczy mi być może i na pół roku!

JAK STOSUJĘ:
Podobno na początek powinno się wybrać Aleppo o niskiej zawartości oleju laurowego- do 10%, tym bardziej jeśli ma się cerę w miarę normalną, tak jak moja. Później można kupić nieco mocniejsze- ale ja nie czekałam oczywiście i od razu rozpoczęłam z mydłem 30%
I nie żałuję!
Jak na razie mydła używam tylko do wieczornego mycia twarzy. Pienię je lekko i zostawiam na dosłownie 2 minuty, ale tak aby nie wyschło. Zmywam i wsmarowuję olej kokosowy lub arganowy. 
Zaraz po umyciu skóra szybko się napina, co może być trochę nieprzyjemne, ale w moim przypadku olejki szybko załatwiają sprawę i pozostaje tylko efekt super czystej i "oddychającej" cery.
Podobno po takim "zabiegu" skóra potrzebuje ok 2 godziny aby "dojść do siebie" i wyrównać PH. Nasza skóra ma odczyn kwaśny, podczas gdy mydło zasadowy, dlatego po myciu warto przetrzeć twarz tonikiem czy płynem micelarnym i dodatkowo nawilżyć olejkiem. 
Ja używam Aleppo tylko raz dziennie- wieczorem, po zmyciu makijażu i delikatnym peelingu. Stosuję je tylko na twarz i dekolt. Jakoś na razie nie czuję potrzeby myć nim całego ciała czy włosów. A można, tym bardziej jeśli ma się łupież czy krostki na plecach i ramionach. 

WRAŻENIA PO 2 TYGODNIACH STOSOWANIA
Skóra jest gładsza- ale to może być też zasługa regularnego pilingowania przed myciem mydłem. Przez cały dzień mam przyjemne odczucie czystej, świeżej twarzy- mimo, iż na mrozy smaruję ją grubą warstwą tłustych kremów i olejków. Wszystko pięknie się wchłania a ja mogłabym bez przerwy "miziać" się po buzi bo jest taka miła w dotyku:) Nie mam też żadnych podrażnień czy przebarwień, mam wrażenie, że skóra jest bardziej odżywiona i odporniejsza na mrozy (przynajmniej minus 15 stopni).



Aby mydło dłużej nam posłużyło musimy je dokładnie suszyć po każdym użyciu (nie może leżeć w wodzie, która często jest na dnie mydelniczki). Duża kostka jest też niewygodna, dlatego najprościej odkroić kawałek. Mi wystarcza taki malutki jak na zdjęciu powyżej i dodam, że praktycznie nic z niego nie ubywa:)
Myślę, że jeszcze jakiś czas będę stosować Aleppo tylko na twarz, a potem poeksperymentuję z włosami i być może całym ciałem. 

A Wy? Macie jakieś doświadczenia z tymi mydełkami? A może używacie jakichś innych, genialnych środków?

Ja mogę jeszcze polecić glinkę Ghassoul/Rhassoul- cudowny naturalny środek, o którym pisałam na samym początku bloga - o tu:)
To mój "masthew", którego zawsze muszę mieć zapas:)


Siła drzemie w naturze:)
Pozdrawiam!

Klem, klem:)

czwartek, 21 stycznia 2016

Naturalne i zdrowe zamienniki cukru

Dziś będzie przesłodko:)
A zacznę od tego, że jeszcze przed końcem 2015 roku i wyjazdem na święta do Polski, zrobiłam dłuugą listę zakupów. 
Przez kilka ostatnich tygodni zastanawiałam się co chcę zmienić w swoim odżywianiu- co wyeliminować z diety, a jakie nowości do niej wprowadzić, aby czuć się jak najlepiej.
W głowie miałam kogel mogel, chyba każdy widzi ile sprzeczności panuje w "fitowym" światku- "to jest zdrowe", "nie bo to ma cukry i nie jest zdrowe", "to powinno się spożywać jak najczęściej", "Absolutnie! Tego nawet nie ruszaj!"...

A ja mam dosyć, dlatego w 2016 roku będę jadła to na co mam ochotę, co daje mi siłę i dobre samopoczucie!:)

Temat słodzenia już od dawna mnie nurtował. Od przynajmniej 10 lat ograniczam biały cukier i z tym nie mam problemu- ale zastąpienie go bezkalorycznym słodzikiem, dodawanym do wszystkiego co możliwe w hurtowych ilościach...to już przestało mi odpowiadać. 

Tym bardziej, że w prezencie dostałam coś, o czego istnieniu na długie lata zapomniałam (a bo to ma przecież wysokie IG! Bla, bla, bla)
Dostałam MIODZIO


Postanowiłam, że co tylko się da będę słodziła naturalnymi i zdrowymi produktami. 

I tu zaczęła się rozkminka i internetowe poszukiwania zakończone zrobieniem "małych" zapasów.
Na pierwszy ogień poszły właśnie miody.

MIÓD WIELOKWIATOWY. 
Jest bardzo słodki, dlatego jedna mała łyżeczka spokojnie wystarczy na kubek herbaty (ciepłej, nie gorącej!)
Stosowany jest przy chorobach alergicznych dróg oddechowych oraz w katarze siennym. 
To mnie akurat nie dotyczy, ale już podwyższenie odporności jak najbardziej, bo każdy rodzaj miodu ma właściwości antybakteryjne i antybiotyczne. 
Miód i gorąca herbatka jednak nie idą ze sobą w parze- wtedy wypijamy same węglowodany a enzymy zawarte w przysmaku Puchatka, odpowiedzialne za niszczenie bakterii, wirusów i grzybów, ulotnią się całkowicie. Dlatego jeśli gotujemy czy pieczemy z dodatkiem miodu, to tak na prawdę pozbywamy się tego co najcenniejsze, bo enzymy nie lubią światła i temperatury powyżej 50-60 stopni.

MIÓD GRYCZANY
Wiedziałam, że muszę go kupić bo uwielbiałam go jako dziecko. To akurat trochę dziwne bo ma mocny smak i zapach i podobno właśnie dzieci niespecjalnie za nim przepadają.
Miód gryczany jako jedyny zawiera rutynę wzmacniającą układ odpornościowy, krwionośny i oczyszczającą organizm z toksyn. 
Regularne spożywanie miodu gryczanego pobudza układ krwionośny do wydzielania hemoglobiny. To jest dla mnie bardzo ważne, bo już kilka razy nie mogłam oddać krwi z powodu niskiego poziomu właśnie czerwonych krwinek!



MIÓD SPADZIOWY

To ostatni (jak na razie) miodek, który kupiłam po prostu z ciekawości. Jeszcze nie miałam okazji go spróbować, więc o walorach smakowych nie mogę się wypowiedzieć.
A czemu tak mnie zaciekawił? Bo pochodzi ze spadzi- soku drzew iglastych lub liściastych, który zjadły sobie panie mszyce i wydaliły, a pszczółki ten cenny towar przygarnęły do produkcji miodku:) Mnie to na szczęście nie rusza.
Tak przy okazji ostatniej notki o higienie jamy ustnej- podobno ten rodzaj miodu zapobiega powstawaniu kamienia nazębnego:)

MELASA
Internet głosi, że melasa to "odpadek" po produkcji rafinowanego cukru, gęsty syrop zawierający mnóstwo witamin (np z grupy B) i minerałów- w tym najważniejszy dla mnie- żelazo. Melasa polecana jest kobietom w ciąży i sportowcom. 
Z powodzeniem może zastąpić cukier lub miód, używana jest również do wypieków. 
Moja to melasa buraczana, możemy kupić jeszcze trzcinową i karobową- w zależności z czego pozyskiwany był cukier.

SYROP KLONOWY

Otrzymywany jest poprzez odparowanie wody z soku , pochodzącego z pnia klonu. 
Jest mniej kaloryczny niż cukier i miód (ok 270 kcal na 100g), a przy tym zawiera wiele witamin i minerałów (m. in. wit z grupy B, niacynę, kwas foliowy, wapń, magnez, potas, fosfor)
Już w weekend wypróbuję jakże słynne "pankejksy" polane syropem klonowym właśnie:)



DAKTYLE
Nimi zainteresowałam się już w Norwegii i zrobiłam spory zapas, bo przed świętami były dosłownie za grosze. Są bogatym źródłem witamin A, C, E i niektórych z gr B oraz kwasu foliowego. Zawierają potas, żelazo, magnez, wapń i fosfor, a wszystko to w takich małych niepozornych i brzydkich owockach:) 
Mają właściwości przeciwbólowe i przeciwzapalne, a dzięki antyoksydantom zwiększają odporność organizmu.
Przetestowałam je w święta jako naturalne słodzidło do placków i sprawdziły się genialnie!
Daktyle moczę w ciepłej wodzie, a potem blenduję i dodaję do gotowej już masy na ciasto. 



Tak właśnie prezentuje się moja mała kolekcja. Mam nadzieję, że z taką armią witamin, antyoksydantów i minerałów ominą mnie przeziębienia i niedobory- tym bardziej, że zima nie odpuszcza- jest biało, mroźnie i przepięknie!



Pozdrawiam:)
Klem, klem:)


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Postanowienie noworoczne- ZADBAM O ZĘBY!

Mam pewne zboczenie...


UWIELBIAM chodzić do dentysty.
Nie, nie żartuję:)
W gabinetowym fotelu czuję się co najmniej jak u fryzjera, full relax:)
Może to dlatego, że jestem bardzo odporna na ból, który i tak rzadko u dentysty odczuwam- szczęściara:)
Niestety wyjazdy do Norwegii i brak czasu w Polsce sprawiły, że przez kilka lat (!) nie odwiedzałam stomatologa. Człowiek robi głupoty a potem żałuje...A ja głupia właśnie myślałam, że jak myję regularnie to wszystko jest cacy. 
No niestety ale kontrolować też trzeba.
Od wakacji sukcesywnie nadrabiam zaległości i obiecałam sobie że już nigdy więcej nie zaniedbam zębów. 
I to jest jedno z moich postanowień na 2016 rok. Jeszcze tylko kilka wizyt i wiem, że wszystko wróci do normy (już zacieram ręce na borowanie:))
Pamiętajcie, że nieleczone zęby i bakterie w jamie ustnej mogą prowadzić do wielu chorób całego organizmu! 

Umoralniam i udaję wszechwiedzącą- ale nie bez powodu!
Dziś chcę Wam pokazać mój absolutny "mast hew", który idealnie czyści szczenę i wrażliwe dziąsła. Coś co odkryłam przypadkiem w odmętach internetu i rozpowszechniam dalej, bo myślę, że nadal są osoby, które jej nie znają.

Szczoteczka CURAPROX




Co jest w niej takiego niezwykłego? 
Moja jest akurat najtwardsza, choć i tak mięciutka. 
Jest mięsista, idealna do masażu dziąseł i dokładnego mycia zębów, bo posiada 1560 włókien (Nie liczyłam, ślepo wierzę w opisy:)).
Wersja "ultra soft" posiada 5460 włókien.... Miałam i taką ale jednak te ze zdjęć, ciut twardsze szczoteczki bardziej mi odpowiadają. 
Nareszcie skończył się problem z krwawiącymi dziąsłami! Używając innych delikatnych szczoteczek miałam wrażenie "niedomycia". Curaprox nie trzeba nawet zbytnio dociskać, a zęby są przyjemnie gładkie:)
Cena od 13 zł (zamawiam na Allegro)

Przed świątecznym wyjazdem do Polski szukałam opinii o pastach i płynach do płukania ust. 
Wybrałam podobno te najlepsze, których mimo popularności nigdy sama nie używałam.
I tak oto powróciłam do Norwegii z małym zapasem do:



Jawna reklama:) Żeby jeszcze ktoś mi na moim jakże poczytnym blogu za nią płacił:)

A tak serio to jak na razie z Elmexa jestem średnio zadowolona- podobno znacznie ogranicza występowanie próchnicy ale niestety nie mam po nim uczucia świeżości. 
Z pomocą idzie za to płyn do płukania Listerine "Zero" o łagodniejszym smaku. Adamowi nie pasuje anyżkowy posmak- a ja go wcale nie czuję i bardzo mi odpowiada. Dwa kolejne czekają w kolejce do testów.
Elmex cena ok 13 zł ( kupiłam 2 za 20 zł w Super Pharm:))
Sensodyne (nie wiem kupiłam w Biedronce płyn plus pasta za 13 zł)
Listerine cena ok 15 zł ( Tesco 2 za 21 zł)


Macie? Stosujecie? Dbacie o zębole? Uwielbiacie dentystę?:)

Czas spaaać:)

Pzdrawiam!
Klem, klem:)



sobota, 16 stycznia 2016

DIY: Ramka na zdjęcia w trochę innej odsłonie.

Miałam ambitne plany przerobić, przemalować kilka przedmiotów, będąc teraz w Polsce.
Niestety długie święta, goście i załatwianie spraw sprawiło, że mogłam sobie pomarzyć o rozwijaniu kreatywności xD
Jedynym przedmiotem, który zaczęłam przerabiać już latem a skończyłam teraz, była stara wielka rama na zdjęcia. 
Konkretnie dwie ramy, które pierwotnie miały bury kolor i zniszczone święte obrazki w sobie. Obrazki przygarnęła sąsiadka a ramy zostawiłam dla siebie xD.

Najpierw pomalowałam je kremową farbą do drewna a po wyschnięciu potraktowałam brutalnie papierem ściernym.



I tak sobie ramy stały przez te kilka miesięcy. W międzyczasie doszło do tragedyji- największa szyba została unicestwiona....
No i co ja miałam zrobić z ramą bez szyby? 
Kupiłam drewniane spinacze w TGR (Tiger), ukradłam Adamowi kawałek sznurka, wybrałam kilka spośród ok 500 ostatnio wywołanych zdjęć...i przystąpiłam do zabawy:)





Dzieło sztuki to raczej nie jest ale mi się podoba, zwłaszcza że lubię często zmieniać zdjęcia:)
Proponuję tylko w sezonie grzewczym usztywniać fotki jakąś tekturką bo się mało artystycznie zwijają:)



Druga, mniejsza ramka chwilowo robi za akcesorium do tworzenia portretów:) Docelowo ma zawisnąć obok dużej, niech tylko Młody się nią wybawi i znudzi:)




W bonusie przedstawiam jak "moje" koty sąsiada spędzały z nami Sylwestra:)



"Rychu, ja już więcej nie piję"



Oraz norweska zima:) Takie zakopane auta to obecnie norma. Ale za to jest na prawdę pięknie, słonecznie, biało i mroźnie (15-20 stopni:))




A jak Wasza zima? Słyszałam, że w Polsce też sypie:)

Pozdrawiam

Klem, klem:)

czwartek, 14 stycznia 2016

6 niezdrowych nawyków żywieniowych, których chcę się pozbyć!

Od powrotu z Polski nie mogę się zbytnio pozbierać. 
Walizka już 5 dzień leży koło łóżka i czeka na rozpakowanie. 
Chodzę i biadolę, że nie mogę znaleźć czapki i kabla do empetrójki a tak naprawdę nawet nie szukałam. 
Przywiozłam tony zdrowych zapasów jadła i różnych nowości, a jem byle co byle zjeść i nie chodzić głodna, bo nie mam kompletnie weny do pichcenia i próbowania nowych przepisów.
Tak już mam kiedy w głowie siedzi jakieś zmartwienie, strach że coś się nie uda.
Nastawiłam się mocno na naukę norweskiego, tak mocno jak nigdy dotąd i jest to mój priorytet na cały obecnie nam panujący rok. A tu zonk, po przyjeździe okazało się, że nie ma wolnych miejsc na kursie, a następny z mojego poziomu jest za 1,5 miesiąca! Od niedzieli siedziałam jak na szpilkach i czekałam na informacje ze szkoły, myślałam że już szału dostanę! 
Ale głupie to ma zawsze szczęście, przejmowałam się, nie mogłam na niczym skupić a miejsce oczywiście się zwolniło, w kursie sobie uczestniczę i jestem heppi jak dziecko:)
Teraz mogę na spokojnie wszystko sobie poukładać i nie mam tu na myśli tylko ciuchów z walizki.

Mój móżdżek oderwał się dziś od  rozmyślań na temat kursu, a skierował na inny, jakże ważny aspekt mego życia- ODŻYWIANIE lol
Jadąc sobie metrem zaczęłam myśleć...
I tak oto wymyśliłam co muszę, ale to MUSZĘ zmienić w swojej diecie. 
Są składniki, które chcę wyeliminować, ale o tym napiszę innym razem. 
A dziś przyznaję się do 6 wg mnie niezdrowych nawyków, z którymi rozstaję się nie jutro, nie od poniedziałku a TERAZ:

1. KAWA NA DZIEŃ DOBRY
Wstaję, ubieram się, kieruję się do kuchni w celu nastawienia wody. To podstawa.
Czytam na blogach jak to inni piją z rana na czczo wodę z cytryną, miodem i co ino...a ja piję bele jaką rozpuszczalną, która nawet kawą tak na prawdę nie jest. Mogę nie zjeść śniadania ale wyjść z domu bez tego (nomen omen kompletnie nie pobudzającego mnie) napoju? Już wolę się na metro spóźnić!
Od teraz nie tylko serwuję sobie na dzień dobry pyszną i zdrową norweską kranówkę z miodem, ewentualnie cytryną, ale również zaczynam ograniczać "Neskę".

2. JEDZENIE W POŚPIECHU
Na prawdę mnie to już wkurza! To nawet nie chodzi o to, że się spieszę, najczęściej po prostu zapominam, że powinnam jeść powoli. Jak już "omłócę" kanapkę, sałatkę, czy kotleta, nachodzi mnie refleksja...a miałam dokładnie przeżuwać...Nie będę przeżuwać 32 razy każdego kęsa, nie będę upewniać się czy aby połykany pokarm osiągnął odpowiednią konsystencję. W moim przypadku zadowoli mnie już samo zwolnienie tempa o 30%.

3. ROZGOTOWYWANIE
A bo gotować nie umiem! Jestem jedyną osobą w familii, która zjada z zupy każde warzywo. Nie pozwolę skazać marchewki, pietruszki czy nawet zielonych części pora z rosołu na wyrzucenie. Nie tknę ziemniaków bo ich nawet nie lubię, ale brukselka czy fasolka szparagowa? MNIAM. 
Tyle tylko, że warzywa dodaję na początku razem z mięsem- a mięsiwo gotuje się dłużej. W rezultacie jem rozgotowaną marchewkę o wysokim IG i wkurzam się sama na siebie. No ok, nie spędza mi to jakoś snu z powiek, nie walę swoją wielką głową w mur i nie zamartwiam się jakoś z powodu rozgotowanej marchewki, ale od dziś pilnuję aby gotować al dente-wszystko, nie tylko warzywa ale i kasze, ryż, makarony. Dzięki temu jestem dłużej najedzona i ratuję chociaż trochę witamin.

4. GOTOWANIE...ZA DUŻO
Oj no tyle mi się ugotowało tej pomidorówki, zjem bo się zmarnuje. Nie, nie, nie jestem głodna no ale przecież nie wyrzucę. 
Jeśli chodzi o zupkę to jeszcze nie ma tragedii ale jak mi się przypadkiem duża blacha ciasta upiecze zamiast małej? Nie wiem czemu zawsze ugotuje/upiecze mi się za dużo, a że nienawidzę wyrzucać jedzenia (tym bardziej, że w Norge nie mam zwierząt do karmienia) to zjadamy z Lubym wszystko i często się przejadamy. Z tym koniec- po prostu.

5. MONOTONIA
Trzy rodzaje zup, 3 potrawy z mięsem- i tak w kółko. A na blogach, w gazetach i tv tyle pyszności! Wiecznie sobie obiecuję - ah, ah, to muszę ugotować- a po 5 minutach zapominam co to było.
Nie powiem, bo poczyniłam w sprawie różnorodności potraw już pewne postępy. Gromadzę przepisy i eksperymentuję na biednym Adamie- na razie żyje. Teraz, na początku 2016 roku, pozostaje mi tylko kontynuować dzieło rozwoju moich kulinarnych umiejętności! Ha!:) Adasiu biada ci!

6. PRZESOLENIE
Na szczęście lub nieszczęście nie grozi mi , że dostanę po uszach od chłopa mego "bo zupa była za słona"- on soli tyle, że nawet moja głowa mała się staje.
I mi się to udzieliło- i wiem, że to bardzo bardzo niezdrowo! Dlatego stopniowo, z premedytacją będę nam obojgu ucinać dawki soli. Wiem, że nasze móżdżki bardzo szybko przyzwyczajają się do zmniejszania ilości tej przyprawy i po zaledwie kilku dniach przestaje nam przeszkadzać "niedosolenie". Dodatkowo zwykłą sól kuchenną zamieniłam na morską (kiedyś himalajską ale już z niej zrezygnowałam). Zobaczymy tylko czy Luby nie będzie płakał:) Nie ma wyboru, musi się dostosować:) Jeszcze mu cukier obetnę ale tu już bez oporu z jego strony się niestety nie obejdzie xD

Wy na pewno też macie jakieś grzechy na sumieniu. Przyznawać się szybko jakie! Pewnie ja mam te same tylko nie pamiętam-będę wiedziała nad czym jeszcze muszę popracować:)

Dzisiejszy wschód słońca ( godzina 9.45 xD)

Zima w pełni. Mróz 15 stopni i tona śniegu:) WSPANIALE!


Biorę się za tą cholerną walizkę.....:)

Pozdrawiam

Klem, klem:)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

2016

I jest mój pierwszy post w nowym 2016 roku!
3 tygodnie w Polsce, 3 tygodnie bez Internetu ( i nagle tyle czasu miałam!:)), 3 tygodnie radości, smutków, zabiegania, odpoczynku, pomieszanie z poplątaniem. 
Ogólnie nie wiem kiedy ten czas zleciał...
Dziwne są te grudniowe zjazdy do Polski, najmniej lubiane przeze mnie. Chciałabym posiedzieć jeszcze troszkę w domu ale jednocześnie cieszę się, że już jestem w Oslo. 
A jeszcze bardziej cieszę się, że 7 rocznica już za mną, mózg powoli wyłącza myślenie i przestaję się dołować. Teraz mogę spokojnie rozpocząć nowy rok z nowymi lub starymi postanowieniami i powoli czuję przypływ pozytywnej energii:)
A tymczasem kilka (naście?) jakże nieaktualnych, bo jeszcze trochę świątecznych zdjęć z mojego pobytu w kraju. 
Uwielbiam biegać z aparatem a potem, już w Norge i z łezką w oku, przeglądać setki plików.
Jestem sentymentalna i dobrze mi z tym:)





























Ktokolwiek dotrwał do końca, teraz zapewne wygląda tak:


Oslo przywitało nas tonami śniegu, a na dniach zapowiadają kilkunastostopniowe mrozy- to się nazywa norweska zima:)

A ja lecę nadrabiać zaległości i sprawdzać jak Wy rozpoczęliście 2016 rok:)

Klem, klem:)