czwartek, 29 października 2015

Portretowo #2 Mama...

Ten rysunek miał powstać kilka lat temu...

"Leeenka, kiedy w końcu zrobisz mój portret, wiem, że jestem brzydka i pomarszczona, no ale weeeeź".
"Później, później, jeszcze będziesz miała 10 portretów".

"Później" przyszło po kilku długich i ciężkich latach.

W maju tego roku narysowałam taki sam portret z tego samego zdjęcia. Niedawno skończyłam drugi- po co mi 2 tak podobne rysunki?
Bo pierwszy dałam w prezencie babci i dziadkowi. Babcia pokazuje go teraz całej rodzinie i znajomym i domyślam się, że wiele łez się przy tym pojawia ale czasem są one potrzebne...


Drugi narysowałam dla siebie...




Po drodze trochę się załamałam bo zaczął wychodzić lekki zez...a przerabianie gotowych oczu to bardzo ciężka sprawa...
Ale jakoś to naprostowałam hehe:)




Ołówek 2B, papier Canson, wymiary 20 x 25, czas- ok 10 h





Spieszyłam się z tym portretem bo...chciałam go oprawić w kryształową ramkę i postawić na pomniku 1 listopada...
Ale rysunek wyszedł trochę za duży, a poza tym...
Najpierw chciałam go zostawić dla siebie ale teraz myślę, że zawiozę go do rodzinnego domu...dla brata i ojca, bo oni się trochę pogubili i mama ich musi "przypilnować"...


Zawsze bardzo krytycznie podchodzę do swoich prac, bo tylko ja widzę, że coś wyszło krzywo, że coś mogłam zrobić lepiej...
Ale z tego portretu jestem na prawdę duma.
Patrzę na niego i płaczę, bo widzę ten sam błysk w oczach, ten sam uśmiech, te same zmarszczki, piękne włosy, których zawsze zazdrościłam- Wszystko ujęłam tak jakby to na prawdę mama się do mnie uśmiechała a nie tylko rysunek...Taką ją pamiętam i tęsknię tak, że nie da się tego opisać, dlatego tę tęsknotę przelałam ołówkiem na papier...

Jutro lecę do Polski- nareszcie się doczekałam! I nareszcie po 3 latach będę z bliskimi we Wszystkich Świętych. Muszę pisać jak wiele to dla mnie znaczy?

Wracam 8-ego, do tego czasu zero kompa, zero internetu i mam nadzieję, że sukcesywne rozwiązanie kilku problemów...
Do przeczytania za kilka dni!:)


Klem, klem:)

wtorek, 27 października 2015

Akcja renowacja- SIEŃ:)

To miał być tylko i wyłącznie mój projekt- i prawie był! 
Ale po kolei...

Przedstawiam Wam naszą...sień, taką jaką zastaliśmy:



I miała taka zostać, na razie, ale pod koniec remontu większość prac mógł wykonywać tylko Adam, dlatego ja nie chcąc siedzieć bezczynnie powiedziałam sobie, że wyremontuję przedpokój od A do Z:)

Zaczęłam męczącą, aczkolwiek pozwalającą się wyładować- DEMOLKĘ:)


Jednym słowem naskrobałam się jak głupia a po pracy na prawdę doceniłam coś tak przyziemnego jak kąpiel bo sufit też czyściłam- a jak wiadomo z sufitu nie leci do góry tylko na dół- wprost na moją wielką głowę xD


Potem mogłam się już tylko rozkoszować wiszeniem na drabinie i malowaniem w 30 stopniowym upale:)


W tak zwanym międzyczasie pomalowałam sobie jeszcze drzwi- wiecie, tak z nudów:) Wcześniej drzwi i te czarne okucia były rude jak podłoga- nieskromnie ale myślę, że teraz jest o niebo lepiej.
A na ścianie stare lustro, które zostawił poprzedni właściciel- nic w nim nie widać, ale jak wprawimy nowe, będzie idealne.


Zostało mi jeszcze trochę szarej farby, której resztki zużyłam na schody.

No i wieszak- widzicie go? Znaleziony w pomieszczeniu, w którym w latach 40stych był sklep- myślę, że co najmniej z tego okresu pochodzi. 
Jest jakaś magia zaklęta w starych rzeczach- nie chcieliśmy jej zniszczyć dlatego po wymyciu karcherem stwierdziliśmy, że przedpokój to będzie idealne miejsce dla naszego wieszaczka. Staruszek ma drewniane haki i służy też za wąską półeczkę.


A oto efekt końcowy i coś co mój GENIALNY mężczyzna dodał od siebie:
Widzicie te dziwne półki na buty? 
To żłobki wywęszone przez Adama w szopie. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, że mogą mieć tak fajne zastosowanie i tak świetnie wkomponować się w to pomieszczenie! Kolejna ocalona od zapomnienia rzecz!



Do zrobienia jest jeszcze podłoga i drzwi wejściowe ale to już innym razem...

Na razie to ostatni wpis z cyklu renowacyjnego- z prostego powodu- nie mam więcej zdjęć i więcej pomieszczeń do pokazania:) 
Ale wiem, że w Polsce czeka na mnie GOTOWA łazienka i umieram z ciekawości co Adam wykombinował! Dowiem się już w piątek:)
Postaram się tym razem porobić lepsze jakościowo zdjęcia i wrócić z materiałem na kilka nowych renowacyjnych notek:)

A tu znajdziecie poprzednie:


Ściskam mocno

Klem klem:)



niedziela, 25 października 2015

Szybkie posiłki dla SINGLA (i nie tylko:)

Tak, od tygodnia jestem singlem...i będę nim jeszcze do piątku:)
Czyli kuchnia jest MOJA:)

Pokażę Wam kilka dań którymi raczyłam się w mej samotności:) 
Wszystkie są banalne ale za to szybkie i pyszne:)

Na pierwszy ogień idzie improwizacja, którą na pewno powtórzę dla Adama bo wyszło przepyszne!

ZUPA RYBNA w mojej wersji:

1 por,
1 cebula,
2 ząbki  czosnku,
600g fileta rybnego (może być mintaj)
100g sera żółtego,
2 garści mrożonych warzyw,
liść laurowy, ziele angielskie, pieprz, sól, odrobina przyprawy do ryb, natka pietruszki

Ja miałam taką rybę- seifilet to sprasowane filety "z ryb białych"- nie wiem jakich ale są bardo smaczne!

Pora, cebulę i czosnek posiekałam i podsmażyłam na oleju kokosowym i wrzuciłam do wywaru warzywnego. Dodałam rybę i ser. Wszystko gotowałam max 15 minut. Wyszło DELISZYNS!


Następna była moja ukochana kapustka. Dorwałam malutką główkę- ok 800g- idealna na 2 solidne porcje!

KAPUSTA Z MIĘSEM I KIEŁBASĄ.

Mała główka kapusty,
150g mięsa wieprzowego,
150g kiełbasy cienkiej o dobrym składzie,
cebula, 
2 ząbki czosnku, 2 łyżki przecieru pomidorowego,
przyprawy wedle uznania

Kapustkę przyprawiamy i dodajemy 3 szkl. wody, podsmażone mięso, kiełbasę i resztę składników. Dusimy ok 30 min.
Wiem, że Was przeraża widok kiełbasy ale ja wolę zjeść tłusto niż posiłek pełen węglowodanów.


Niepozorne ale pyszne!

Następna będzie moja ulubiona PIKANTNA ZUPA Z MLEKIEM KOKOSOWYM:

200g mięsa wieprzowego,
kawałek pora, cebula, ząbek czosnku,
po połowie papryki żółtej, pomarańczowej i czerwonej,
ok 200g pieczarek,
pół puszki mleka kokosowego,
chilli, kumin, papryka słodka, pieprz, imbir w proszku, sól,
2 łyżki przecieru pomidorowego


Mięso podsmażyłam z pieczarkami, cebulą i porem, zalałam 4 szkl wody, gotowałam 20 min. Po tym czasie dodałam paprykę, mleko kokosowe , przecier i przyprawy wedle uznania (przesadziłam z chilli xD). Gotowałam jeszcze 15 min i gotowe.
Uwielbiam! Idealna rozgrzewająca zupa na jesień:)


Popełniłam jeszcze sałatkę. To też jest mój faworyt i to nie tylko w okresie świątecznym:)

SAŁATKA RYBNA.
Puszka śledzia w oleju,
2 jajka, 
kawałek pora,
pół papryki,
pomidor,
ogórek konserwowy (od babci:),
sałata


Rybkę odsączyć, wszystko pokroić, wmieszać, posolić, popieprzyć i gotowe:) Można dodać majonez ale ja akurat nie posiadam- ale tak też jest pycha.
Lubię jeść kolorowo:)


I na koniec- niby deser ale na śniadanie:
Twarożek z jagodami:) Na to chyba nie potrzeba przepisu:)


Tym smakowitym akcentem żegnam się i życzę Wam udanego początku tygodnia!

Klem, klem:)



piątek, 23 października 2015

Bądź ŚWIADOMYM DAWCĄ NARZĄDÓW

W ostatnich dniach ciągle myślę o tym temacie- transplantologii...
A zaczęło się od tego, jak na początku tygodnia przypomniałam sobie, że  już dawno miałam zamówić oświadczenie woli i opaskę z podlinkowanej strony, ale przed każdym zjazdem do Polski zapominałam to zrobić. I w końcu zamówiłam...
Potem wiadomość o tym, że rodzice chłopaka zmarłego po imprezie studenckiej w Bydgoszczy zgodzili się na pobranie organów, które uratowały aż 6 osób!
Jeśli oglądacie wiadomości na pewno słyszeliście o tym strasznym wypadku...który zabrał 2 życia a paradoksalnie dał nowe 6 osobom...
Meksykańska kampania promująca transplantologię

Kiedyś myślałam tylko, że fajnie jest mieć w portfelu oświadczenie woli- przecież nie wybieram się na tamten świat, a nawet jeśli coś mi się stanie, to obojętne mi już będzie co zrobią z moimi narządami, najważniejsze, że ja nie potrzebuję przeszczepu.
Tak na prawdę cały czas myślałam, że ta cała transplantologia mnie nie dotyczy i nigdy dotyczyć nie będzie.

Jestem zadeklarowanym dawcą organów odkąd skończyłam 18stkę. To oznacza, że cała moja rodzina wie, iż WYRAŻAM ZGODĘ na pośmiertne pobranie moich organów. To jest na prawdę bardzo ważne aby bliscy wiedzieli jaka jest wasza decyzja! 

Poznałam kiedyś historię, która dosadnie uświadomiła mi dlaczego warto mieć takie oświadczenie woli i poinformować o swojej decyzji rodzinę...

Mama i córka wybrały się do centrum krwiodawstwa- dla mamy to był pierwszy raz i cieszyła się jak dziecko, że może komuś pomóc. Dla córki to była druga wizyta i dlatego teraz pewnie instruowała mamę co i jak się odbywa, co trzeba wypełnić. Przy okienku rejestracyjnym pokazała mamie kartkę z oświadczeniem woli dawcy organów.
-  to też sobie mamuś wypełnij, fajna sprawa, ja już mam.
Kobieta wzięła kartonik do ręki, uważnie przeczytała po czym z bólem w oczach spytała nerwowo
-  jak to ty już masz? Czemu mi od razu nie powiedziałaś?
- oj mamo, no przecież nie wybieram się na tamten świat, to tak tylko. Pewnie umrę tak staro, że nikt już nie będzie chciał moich organów.
Córka zobaczyła wielki smutek w oczach mamy dlatego próbowała ją uspokoić. Wiedziała skąd pretensje- ze strachu, panicznego lęku matki o dziecko.
- to jak mamuś wypiszemy ci oświadczenie?
Mama popatrzyła uważnie na kartonik, odetchnęła głęboko...
- nie, na razie nie...Ja się muszę jeszcze zastanowić.


To był wrzesień lub październik. W styczniu córka usłyszała słowa ordynatora...
- Chciałbym z państwem porozmawiać na temat pobrania organów.
- Ale...ciociu, babciu, bo ja nie wiem, mama nie chciała wypełnić oświadczenia. Ja nie wiem co robić, to dla mnie już za dużo...

Mama miała wypadek, 3 tygodnie śpiączki i odebrane nadzieje. Nie zdążyła podjąć decyzji, córka musiała to zrobić za nią. 

I nie żałuję, teraz cząstka mojej mamy żyje i pozwala żyć dwóm innym osobom. 
Ale byłoby mi dużo lżej gdyby mama się nie zawahała, gdybym jasno wiedziała, że chce lub nie chce być dawcą...



Dlatego jeśli tego nie zrobiliście poinformujcie jak najszybciej swoich bliskich jaka jest wasza decyzja- tak albo nie- Niech się krzywią i złoszczą tak jak moja mama, ale niech WIEDZĄ! 

Jeśli macie jakieś pytania i wątpliwości odnośnie transplantologii TA STRONA je na pewno rozwieje.
Przeraża mnie, że minęło już kilka lat a ilość przeszczepów tylko nieznacznie poszła w górę, dlatego tak ważne jest uświadamianie ludzi. My mieliśmy szczęście trafić na wspaniałego ordynatora, który wszystko nam wyjaśnił, wspierał i uspokoił. Gdyby wszyscy koordynatorzy transplantologii byli tacy jestem pewna, że przeszczepów byłoby dużo więcej.

Ściskam mocno

Klem, klem




środa, 21 października 2015

"CHIA" oznacza "SIŁA"


Pierwszy raz kupiłam NASIONA CHIA w zeszłym roku robiąc jak zwykle zdrowe zaopatrzenie do Norwegii- czyli zapas pestek, siemienia, herbatek itp. Nie wiedziałam do czego to, po co na co i jakie ma właściwości, po prostu obiło mi się o uszy, że zdrowe i modne:) 
I tak sobie trochę leżało na półce, póki nie zaczęłam czytać na temat nasionek w internetach

Dla mnie to trochę głupie jak w artykułach o właściwościach CHIA rozwodzą się o tym, że w 100g nasionka zawierają ponad 2 razy więcej wapnia niż w szklance mleka, że mają aż 16 g białka itp. Co mi po tym jeśli dziennie możemy skonsumować max 3 łyżeczki tego cuda- tak zalecają specjaliści a z nimi się nie dyskutuje.

Do mnie przemawiają takie dane:

Na 2 łyżki nasion CHIA przypada:
11 gram BŁONNIKA
4 gramy BIAŁKA
9 gram TŁUSZCZU 

Porcja (2 łyżki) pokrywa:
18% dziennego zapotrzebowania na WAPŃ
30% na MANGAN
30% na MAGNEZ!
27% na FOSFOR

Zaczerpnięte z tej strony:)

W takiej jednej dopuszczalnej dawce, który ma tylko 137 kcal mamy aż tyle składników odżywczych! (a nie wymieniłam tu wszystkich)

Nie wiem jak Wy ale ja po przeczytaniu takich newsów przekonałam się aby napocząć moją torebkę z nasionkami:)

Wartości odżywcze to jedno a drugie co mnie zmotywowało do spróbowania tych magicznych nasionek to mnóstwo fantastycznie wyglądających deserków z CHIA w roli głównej!
Dlatego sama postanowiłam uraczyć się CHIA BUDYŃKAMI:) 


To już mój nawyk- każdego dnia po pracy szykuję sobie porcję nasion CHIA z 2 łyżeczkami siemienia lnianego i czasem słonecznika/ pestek dyni/ sezamu. Zalewam mlekiem lub wodą, leciutko solę, czekam aż zgęstnieje i wcinam ze smakiem! To taki zwyklak, który nie każdemu może smakować ale ja jestem przecież dziwna:)

Czasem jednak nachodzi mnie ochota na DESERRRREK...


DESEREK  nr 1
Mleko kokosowe, 2 łyżki CHIA, kiwi, wiórki kokosowe, odrobina słodzidła- DELISZYNS!


DESEREK nr 2:
Mleko kokosowe, 2 łyżki CHIA, jagody:):)


Każdy budyniek odstawiamy do lodówki najlepiej na kilka godzin, wtedy idealnie zgęstnieją.

U mnie zawsze bazą jest mleko kokosowe ale myślę, że będzie równie pyszne ze zwykłym lub roślinnym mlekiem. Ciekawa też jestem jak wyjdzie w połączeniu z sokiem:)


Powiem tak, jem nasionka regularnie od kilku miesięcy i jeśli chodzi o wpływ na zdrowie  to nie odczułam jakiejś ŁAŁ różnicy, może dlatego, że ogólnie próbuję odżywiać się zdrowo i różnorodnie. 
Jedno jest pewne, bardzo polubiłam moje budyńki i wiem, że to dzięki CHIA mają taką fajną konsystencję a do tego są mega zdrowe!
Dla mnie połączenie ZDROWE + PYSZNE rozwiewa wszelkie wątpliwości i myślę, że pozostanę wierną konsumentką NASION CHIA nawet jeśli nagle "wyjdą z mody" albo zaczną być zastępowane innym super fudem.

A Wy też kochacie CHIA? Macie jakieś smakowe przepisy na BUDYŃKI?:)

Pozdrawiam:)

Klem, klem:)

poniedziałek, 19 października 2015

Zakupy do POTARGANEJ CHAŁUPKI cz.2

Im bliżej wyjazdu ( 30 października) do Polski, tym bardziej nim żyję- bo pierwszy raz powrócę do innego miejsca niż mój rodzinny dom...dom, który...niestety już dawno przestał być rodzinny i więcej mam tam stresów niż radości. Dlatego tak mnie cieszy nasze nowe "potargane" miejsce. Niby docelowo ma to być tylko domek letniskowy ale ja i tak ciągle przeglądam strony wnętrzarskie i buszuję po sklepach wynajdując coraz to nowe skarby. 
O gustach się nie dyskutuje- dla mnie to skarby, dla kogoś brzydkie starocie:) W każdym razie i tak pokażę Wam resztę moich zakupów bo jestem ciekawa co mi poradzicie- zostawiać je w takim stanie w jakim są, czy przerobić, przemalować itp.

Wszystkie przedmioty pochodzą z Fretexu- norweskiego sklepu z używaną odzieżą i artykułami do domu. Uwielbiam to, że tu nikt nie wstydzi się powiedzieć "kupiłam we Fretexie" i, że można znaleźć prawdziwe perełki w śmiesznych cenach.

Będzie tylko kilka perełek, obiecuję:) 

Na pierwszy ogień idzie mój wielki talerz, który zauroczył mnie jak tylko go zobaczyłam- przypomina mi plaster drewna, uwielbiam te krawędzie:)  
Jego nie mam zamiaru przerabiać:)

 Na warzywa, owoce, świetnie sprawdzi się też jako taca na łakocie:) Ale jako kobieta napiszę- nie ważne na co się przyda, ważne, że mi się podoba:)



Następny talerz to łup z promocji- miałam go kilka dni wcześniej w rękach gdy kosztował 100 nok czyli 50 zł- stwierdziłam, ze to ciut za dużo, kupiłam za...7 zł- i to było idealnie:) Początkowo myślałam, ze go przemaluję na jakiś jasny kolor i dam do pokoju jako podstawka pod wazon, świeczki itp...ale z drugiej strony to piękne, kompletnie niezniszczone drewno...-co myślicie, malować czy nie?


I ktoś teraz pomyśli- szurnięta, jakiś domek dla paków czy co? 


To jest "domek", który ktoś miał zapewne powieszony gdzieś przy wejściu. Napisy są po szwedzku ale ten język jest tak podobny do norweskiego, że bez trudu odczytałam "Jeśli nikogo nie ma w domu napisz notkę i zostaw ją tutaj":) Wskaźnikiem zaznaczało się godzinę planowanego powrotu mieszkańców:)

U nas ten domek będzie miał inne przeznaczenie- zawiśnie w sieni jako schowek na klucze od domu i auta- i już więcej Adam nie będzie się wściekał, że znowu posiał gdzieś kluczyki:)

A teraz chyba mój największy skarb- ręcznie rzeźbiona szkatułka:


Będzie idealna na moje wiecznie poniewierające się  kolczyki, wisiorki, zegarek itp. Nie mam zbyt wiele biżuterii więc wszystko się zmieści:)


Początkowo myślałam o przemalowaniu na jaśniejszy odcień ale chyba tylko delikatnie ją odświeżę lakierem. Jak myślicie?


A na koniec mój uroczy, również ręcznie rzeźbiony dzbanuszek. On będzie miał swoje miejsce w kuchni na kredensie, gdzie ciągle rzucałam jakieś swoje spinki, frotki, paragony itp- teraz będą w dzbanuszku:)


Myślę, że jak dostanę fajny środek do drewna to też delikatnie go odświeżę...Tylko...kiedy ja znajdę na to wszystko czas podczas tygodniowego pobytu w Polsce?:)



To ostatni zakupowy post, teraz myślę tylko o tym aby móc Wam pokazać te przedmioty już na miejscu w potarganej chałupce:)


Poprzedni "zakupowy post"



Klem, klem


niedziela, 18 października 2015

Łikend i BUŁECZKI CYNAMONOWE + muffinki...z kiełbasą:)

Hei, hei!:)

Jak Wam mija weekend?  
U mnie nic specjalnego, mam chwilę na notkę podczas gdy Luby się pakuje:(
Nie lubię zostawać tu sama ale i tak myślę, że takie krótkie rozłąki są potrzebne:) Czasem trzeba się stęsknić za drugą osobą:) 
Tym bardziej, że ta druga osoba będzie w tym czasie intensywnie pracować nad łazienką w naszej potarganej chałupce! Efekt zobaczę za 2 tygodnie:):) Znając Adama to wyczaruje takie cuda, że mi gały na wierzch wyjdą:)

Ja za to chciałam mu osłodzić ostatni dzień przed wyjazdem, dlatego zamiast byczyć się w sobotni poranek, o 7 rano ruszyłam do kuchni wyrabiać ciasto. Za oknem jeszcze szarówka. To się nazywa poświęcenie!:)

Uwaga będzie przepis ale uprzedzam, że tradycyjny z białej mąki i cukru. Myślę, że można te składniki spokojnie zastąpić pełnoziarnistą mąką i ksylitolem lub innym zdrowszym słodzidłem.


CYNAMONOWE BUŁECZKI (kanelboller)- baaardzo popularne w Norwegii i Szwecji a od koleżanki wiem, że również Dania się nimi zajada:)

  • 4 szklanki mąki (dałam niepełne- max 3,5 a reszta do podsypania)
  • 6 łyżek cukru
  • 100 g oleju kokosowego rozpuszczonego (w oryginale 120g masła)
  • szklanka ciepłego mleka
  • 7g suchych drożdży (lub 50g świeżych)
  • 2 jajka
  • szczypta soli
Drożdże łączymy z mlekiem i cukrem, odstawiamy na chwilę. Łączymy wszystkie składniki z mąką i wyrabiamy ciasto. Gdy już ładnie odchodzi od łapek wrzucamy do miski i na godzinkę w ciepłe miejsce.

CYNAMONOWE NADZIENIE
  • 2 łyżki cynamonu (następnym razem dam przynajmniej 3!)
  • 8 łyżek cukru
Niektóre przepisy podają również 100g masła do nadzienia ale ja nie dodałam i wyszło super.

Ciasto rozwałkowujemy na prostokąt, wykładamy nadzienie i zwijamy o tak:


Po lewej stronie zostawiłam pasek ciasta bez cynamonu i zwilżyłam wodą aby rulon się ładnie skleił.
Tniemy go na 2 cm plastry- jest z tym oczywiście trochę problemu bo cukier się wysypuje a rulon spłaszcza ale udało mi się uformować w miarę równe bułeczki:


Piec ok 20 minut w 180 stopniach.


Gotowe bułeczki polałam lukrem z 8 łyżek cukru pudru i soku z połowy cytryny.
Wyszły meeega- no tak, ja też jadłam bo o swoim postanowieniu bezsłodyczowym już dawno nie pamiętam.

Jak już staję w kuchni to przeważnie robię 3 rzeczy naraz i tak gdy bułeczki siedziały w piekarniku a mięso na mielone zostało już zmielone i czekało na ulepienie...zgłodniałam.
Chwilę temu znalazłam ten przepis na którymś blogu ale zabijcie mnie- nie pamiętam gdzie więc nie podlinkuję, chyba że ten ktoś się przypomni:)

MUFFINKI:) 
Można dodać co się chce, ja wybrałam 70g kiełbaski (dobra składnikowo), 3 pieczarki, pół papryki, ząbek czosnku. garstka mrożonej fasolki, 2 zmiksowane, posolone i popieprzone jajka. Składniki powkładałam do ikeowskich foremek, zalałam jajkiem i do piekarnika na 20 min.

Miła odmiana po codziennej jajecznicy. Wyszło mega pyszne!


No i tak wychodzi jakiś mega długi wpis a ja się jeszcze chciałam pochwalić moją zgrabnością:


Kolejną artystyczną aktywnością:



I nowym, prawie LITROWYM słoikiem! Teraz to nic innego nie robię tylko piję i piję!


I już spadam na kawkę z Lubym. Miłej końcówki łikendu dla Was:)

Klem, klem